Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O wszystkim i o niczym

Felietony

O wszystkim i o niczym

Data:
2010-12-27 06:50
„Chodzi mi o to, żeby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa..."
A więc - po długiej niełasce wróciłem jednak do „Tygodnika". W ostatnim moim felietonie - było to gdzieś po Bożym Narodzeniu - życzyłem Jaszczowi, aby przestał pisać, tymczasem - sam przestałem. „Z tego morał w tym sposobie: jak ty komu, tak on tobie"; „nie życz drugiemu, co tobie niemiło"; „nie śmiej się, dziadku, z cudzego upadku"; „dziś jesteś na wozie, jutro pod wozem" ; „nie zadzieraj nosa, bo ci go przytną" ; „fortuna kołem się toczy"; „nosił wilk razy kilka — ponieśli i wilka"; (wybaczcie, ale byłem niedawno na „Panu Jowialskim"). Wrogi moje cieszyły się już bardzo, tu i ówdzie, korzystając, że milczę, jakbym nabrał spirytusu w usta, ostrzyli sobie na mnie zęby i dowcipy rozmaici pisarczykowie, pan Gałczyński ułożył jeszcze jeden melodyjny wierszyk (jak on pięknie pisze - szkoda, że przy tym nie myśli - to zresztą nazywa się natchnieniem), w „Odrodzeniu" urządzono wielką stypę, w czasie której Józef Sieradzki uroczyście spalił przedstawiającą mnie figurkę woskową, wykłuwszy jej przed tym skrupulatnie oczy, w „Kuźnicy" odśpiewano na głosy triumfalną pieśń: „zdechł kanarek, zdechł kanarek, zdechł kanarek, zdechł, zdechł, zdechł", zastępując słowo kanarek innym, znacznie mniej przyjemnym, którego za nic w świecie nie powtórzę, pewien pan z Poznania, uważając mnie już za pochyłe drzewo, skakał na mnie w „Kurierze Wielkopolskim" regularnie co dwa tygodnie, opatrując swe wypowiedzi obiecującymi podtytułami w rodzaju „Kisielewski i upiory okupacji", ba - nawet przyjaciel i sojusznik Artur Sandauer nie poskąpił w „Odrodzeniu" pchnięcia sztyletem w plecy. I ty, Arturze, przeciwko mnie ! Zdechły pies, jak wiadomo, nie gryzie, nie gryzie nawet pies żywy, któremu u dentysty wyrwano zęby. A zębem felietonisty jest jego felieton, gdy go nie pisze, to darmo zgrzytać swym prywatnym uzębieniem - nic mu nie pomoże - nawet po lekturze artykułu Pruszyńskiego, traktującego o bocianach (patrz „Odrodzenie" Nr 11) czy odcinka powieści Andrzejewskiego - nie może sobie ulżyć, co najwyżej konwulsyjnie kąsa własne łapy i tarza się po śniegu, wyjąc z cicha. Ano trudno - „tak małpom bywa" - pamiętajcie - w znanej bajce „rada małpa że się śmieli, kiedy mogła udać człeka". A znacie historyjkę o owym psie, co pokąsawszy wszystkich, miał samych wrogów i nie mógł się nigdzie skryć przed wilkiem? Kolega Otwinowski śmiał mi się w żywe oczy, szczerząc białe, jak papier do pisania felietonów, zęby, goście w stołówce literatów patrzyli na mnie jak na „widmo minionych dni", na twarzach znajomych widziałem nieukrywaną satysfakcję. „I szanowne to grono orzekło unisono: — Dobrze tak świni!". Ja jednak, odrzuciwszy kilka ofert, wśród nich propozycję objęcia wakującego stanowiska dyrektora Filmu Polskiego (jeszcze w wojsku sierżant  mawiał do  mnie:  „Was  to  tylko  na film nakręcić !"), trzymałem fason, chodziłem łowić ryby w przeręblu, jeździłem na wrotkach, grywałem na klarnecie i polowałem na żarówki wiedząc, że najlepiej śmieje się ten, kto się śmieje ostatni (baranim głosem), zaś kto się wywyższa, będzie poniżony. I istotnie.  Powszechna  amnestia objęła również mnie. Wrota redakcji i reakcji otwarły się przed synem marnotrawnym, zaś Jerzy Turowicz zabił na jego cześć tęgiego wołu, co nie przyszło mu (Turowiczowi naturalnie) ze specjalną trudnością, bowiem na spółkę z Jaszczem zainkasował był niedawno dwieście  złotych - przedwojennych oczywiście - tytułem wojewódzkiej nagrody publicystycznej (i jeszcze mówią, niewdzięcznicy, że w Polsce nie ma swobody politycznej, albo że się kogoś prześladuje, gdy w istocie „jeden tylko jeden cud, z szlachtą polską polski lud"). Oblaliśmy owego wołu, w myśl zaleceń  słynnego  wodopoja,   Wojciecha  Natansona,  mocnym kwasem owocowym, no i — trzeba się wziąć do pisania.

Tutaj od razu nasunęło się parę kłopotów. Przede wszystkim: nadmiar tematów. Pomyślcie - przez trzy miesiące - i to jakie - łykać wszystko w milczeniu. Tematów nagromadziło się mnóstwo - obfitość nie przetrawionych myśli zaciąży na tym felietonie - będzie on chaotyczny i źle skomponowany, jak zwykle rozmowa po długim rozstaniu. A ileż rzeczy zmieniło się przez te trzy miesiące: odbyły się wybory, mamy nowy rząd, jedni ministrowie poszli, drudzy przyszli, Ford poszedł, następca jego... jeszcze się nie narodził. Żółkiewski nie został ministrem oświaty itd. itd. W dodatku, w związku ze zawianą sytuacji politycznej, powstał jeszcze jeden kłopot i to zgołapoważny: jak tu pisać „pod włos", gdy sprawy wszystkie tak zgrubiały i urosły — raczej może pod skórę, pod sierść, pod szczecinę, pod — już sam nie wiem pod co. I jeszcze jedno: nowy Premier, w przeciwieństwie do poprzedniego, włosów ma niewiele, szef opozycji również — a przecież ustrój demokratyczny nakazuje mi nie oszczędzać nikogo — od góry do dołu. Chciałem już zmienić nagłówek felietonu (tym bardziej, że w „Dzienniku Zachodnim" „Niejaki" X buchnął ode mnie tytuł „pod włos" jeszcze na długo przed wojną, kiedy mi się o pisaniu nie śniło) - ale jakoś nic stosownego nie mogłem wymyśleć - na razie niech zostanie „pod włos", a w przyszłości może któryś z czytelników, jeśli tymczasem znów nie wypędzą mnie z „Tygodnika" - doradzi coś lepszego.

A teraz sprawa zasadnicza: postanowiłem nie mieszać się do polityki i Warn, czytelnicy, to radzę. Mądrzejsi od nas próbowali - i co z tego wyszło? W obecnej chwili nie widać warunków do skutecznej walki politycznej - zresztą - mamy Parlament, Rząd, Mała Konstytucję, ogromną większość, sytuację ustabilizowaną, amnestię, uspokojenie - Mein Liebchen, was willst Du noch mehr? Tak, tak - trzeba w polityce umieć położyć uszy po sobie! Ja osobiście stanowczo rezygnuję z polityki, w myśl zasady „nie pchaj palca między drzwi" oraz „strzeżonego Pan Bóg strzeże" (zawsze byłem ostrożny). Przenoszę się całkiem na odcinek zagadnień kulturalno-artystycznych. Na tym froncie toczy się walka o typ naszej kultury, o styl i charakter naszej sztuki, o ukształtowanie psychiki młodego pokolenia, walka doniosła i - nie beznadziejna, bowiem wartości moralno-duchowe - wierzę w to głęboko - dadzą się zwalczyć tylko - równie silnym i atrakcyjnym wartościom moralnym i duchowym - niczemu więcej. Stary mój znajomy Stefan Żółkiewski (po raz ostatni przypominam mu już kochany, dziarski Legion Młodych, gdzie - oddajmy Żółkiewskiemu sprawiedliwość - mówił dokładnie to samo, co i dzisiaj) tym razem jeszcze nie został Ministrem Oświaty, choć mu to w „Tygodniku" przepowiadałem (z tego widać, że jednak w Polsce nie idzie wszystko tak, jak ja myślę), zamiast do Warszawy pojechał do Kairu (życzę mu dużej, ładnej Dakoty i nagłej burzy morskiej, względnie zakochania się w pięknej Egipcjance, która nie zechce porzucić kramy piramid, ewentualnie wreszcie kąpieli w Nilu z krokodylami - pamiętajmy, że w Egipcie jest bardzo gorąco, a redaktor „Kuźnicy" ma swoją tuszę), a jednak - mimo wszystko boję się, że co się odwlecze, to nie uciecze. Uważajmy na niego, bo on tu dopiero da łupnia - oczywiście gdy dostanie ministerialne zęby: zamiast podręczników historii wprowadzi „Kapitał", a tabliczkę mnożenia zreformuje według zasad dialektyki. Ale, ale - coś mi się przypomniało: p. Mieczysław Jastrun, polemizując w „Kuźnicy" z „Trybuną Robotniczą", która domaga się rozpowszechnienia „Kapitału" tak, jak stało się to z Biblią, pisze: „Nie wydaje mi się rzeczą słuszną zestawianie Biblii z dziełem naukowym". Ponieważ razem z kol. Jastrunem robiłem w Sorbonie doktorat wyższej matematyki u Poincare'go,  razem  następnie  studiowaliśmy  fizykę  pod  kierunkiem Einsteina, poza tym wiem, że posiada on (Jastrun) dwa doktoraty — medycyny i geologu, oraz że był nadzwyczajnym profesorem astronomii podsłuchowej w Yellowstone, gdzie również dokonał ważkich badań nad muzykalnością ryb, pływających  w słynnym wodospadzie, zapytuję go, który to przedstawiciel nauki poza nim uznał kiedykolwiek „Kapitał" za dzieło naukowe? Radzę rozpisać w tej sprawie ankietę wśród naukowców świata (nareszcie „Kuźnica" zrobi coś pożytecznego i do rzeczy) - o wynik jestem spokojny, zaś prof. dr dr mgr Jastruna zapewniam, że dla naukowców „Kapitał" jest najwyżej - książką fiłozoficzno-hipotetyczną, czymś jak „Mój system" Millera (por. w tej  sprawie głos  redaktora  „Życia Nauki" mgra Choynowsfciego — poza tym zresztą sceptyka i ateistycznego racjonalisty).

Ale wracajmy do rzeczy. Hm... eh... brm... mmm... miauu - hauu... Właściwie do jakiej rzeczy? Trochę mi się myśli mącą, bo odwykłem od pisania - jeszcze raz wybaczcie Czytelnicy, że ten świąteczny felieton jest chaotyczny i plotkarski. Otóż - ciemno jak w tunelu - żarówek nie ma - idąc po Krakowie wieczorem co chwila zarywa się człowiek nosem w piękny, czarny jak smoła śnieg. Mehr Licht! Ktoś powiedział - było to przed wojną - że „oświaty kaganiec" pali się coraz ciemniej - gdy płomyk zgaśnie, pozostanie... sam kaganiec. Polska bez żarówek upodabnia się do wielkiej wsi - dużych miast nie ma, wszechstronnych miast nie ma (Kraków - kultura i sztuka bez przemysłu i polityki, Łódź - przemysł bez kultury i polityki, Warszawa - przemysł, polityka i kultura - bez mieszkań i telefonów itd.), ogólna prowincja, wszyscy się znają, wszyscy wszystko wiedzą. W dodatku - nie ma żadnego oporu, żadnych trudności ani przeszkód: pewien mój kolega wrócił właśnie z emigracji, od Andersa; bał się strasznie, że go tu capną i zamkną, tymczasem już na trzeci dzień po przyjeździe zaproponowano mu stanowisko Dyrektora Departamentu w pewnym ministerstwie. - Chcą mnie mieć na oku - powiedział sobie kolega nie w ciemię bity - i odmówił - (na marginesie dodajmy, że posada ta związana jest z niewielką pensją i mieszkaniem w ćwierci pokoju w Warszawie) - ale jednak trochę się zdziwił i pomyślał, że istota zjawiska jest inna. Ten brak oporu powietrza oraz brak tarcia, to osobliwa cecha naszej rozrzedzonej atmosfery: wszystko można osiągnąć niemal bez trudu - np. na posła ciągnął mnie kol. Polewka niemal siłą. Podobno na księżycu, wielokrotnie od ziemi mniejszym, wysiłek, który tu, na ziemi dokonujemy, aby zrobić krok, wystarczy do skoku piętnastometrowego - jesteśmy więc widocznie takim księżycem narodów. Dziwny trochę kraj, jak napisał Liebert w słynnej „Piosnce o Warszawie": „Ani tu Zachód, ani Wschód, zupełnie jakbyś stanął w drzwiach", A Słonimski twierdził, że Polska jest przedmurzem obrotowym - od Wschodu i Zachodu. W każdym razie kraj wyjątkowy - był zresztą taki i przed wojną - w ogóle zawsze - historia narodów jest cyklem zdarzeń analogicznych. I jeszcze jedna sprawa: dlaczego ludzie piją wódkę ? Pewien mój znajomy twierdzi, że dla zapomnienia, ja zaś uważam, że przeciwnie - dla przypomnienia sobie.

Ale prawda - mieliśmy przecież mówić o sprawach kultury. Otóż (jeszcze raz wybaczcie dorywczość i przypadkowość tego felietonu, ale to ze wzruszenia, że znów piszę), otóż bardzo mi się nie podobał artykuł p. Aleksandra Gosteckiego w „Dziś i Jutro" pt. „Z problematyki literatury". W artykule tym czytamy, że w myśl „dialektyki wieków" powinna nieuchronnie powstać literatura „wielkich problemów", „obejmująca całokształt", „odzwierciedlająca", a tu tymczasem jak na złość kwitną „smaczki", snobistyczna „czysta sztuka", ucieczka przed postawą itp. Poglądy w zasadzie częściowo słuszne, lecz głoszenie ich w tak ogólnej i pryncypialnie-schematycznej formie bardzo jest niebezpieczne, bo nastręcza okazję do różnych, zgoła totalistycznych, a powierzchownych interpretacji - zaś literaturze nie pomoże. Wielka sztuka nie powstanie na zamówienie, ani na rozkaz, czy na pobożne życzenie - trzeba przedtem wytworzyć konieczną dla niej glebę wielkiej ogólnej kultury, z której ona wyrośnie - kwiatki do kożucha nie znajdują się często, zaś geniusz Chopina np. był na tle naszej ówczesnej muzyki jakimś zgoła niezwykłym, odosobnionym zjawiskiem, czymś w rodzaju komety, kolosalnym skarbem, podarowanym kulturze polskiej przez Opatrzność. Pamiętajmy także, że „estetyzująca" i „psychologizująca" literatura często lepiej i głębiej, choć nie planowo, odzwierciadla życie i typ psychiczny narodu od literatury, która czyni to w myśl świadomego założenia
- nie decyduje tu temat, lecz sposób jego przetworzenia (np. Proust jest niewątpliwie reprezentatywny dla umysłowości i kultury francuskiej, choć cały tom poświęca opisywaniu zapachu herbaty). Owo „musi nieuchronnie nastąpić" zalatuje dialektycznym determinizmem i „Kuźnicą" - oczywiście kuźnicową teorią, bo w praktyce snobistyczne i to bez cudzysłowu smaczki kwitną w Łodzi aż miło. Totalizmem również zalatuje złożenie na młodego krytyka, Tadeusza Borowskiego, skargi do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, że w swej recenzji z książki Kossak-Szczuckiej o Oświęcimiu (tytuł recenzji — „Alicja w krainie czarów") targnął się na majestat wielkiej pisarki. W literaturze nie ma majestatów sztucznie chronionych - racja, czy wyższa wartość moralna lub estetyczna obroni się sama, bez uciekania się do sposobów policyjnych - jeśli Borowski (który nb. był sam dłuższy czas w Oświęcimiu) nie miał racji, czy też napisał swą recenzję niesmacznie lub nietaktownie - od czegóż pióro, atrament i maszyna do pisania u jego adwersarzy? Lecz „podawać do sądu"?! Niebezpieczny precedens! I to pisarze, literaci?! A fe ! Wstydźcie się !

I tak gadu, gadu — cała szpalta prawie zapełniona, a jeszcze nic nie powiedziałem. Trudno - trzeba kończyć. Na finiszu akord nie bylejaki - potężna dawka optymizmu. W „Odrodzeniu" Nr 11 prezes „Czytelnika", Jerzy Borejsza, umieścił artykuł pt. „Ludzie i klimaty", W artykule tym czytamy :

„Ale w owych dniach lubelskich zrozumieliśmy - i bieg wypadków potwierdził słuszność tej koncepcji - że literatury nie wolno dzielić według legitymacji partyjnej. Pożyteczniejszy jest dla literatury, a więc dla postępu, dobry pisarz bez legitymacji partyjnej, aniżeli kiepski pisarz z legitymacją partyjną".

Bravo, bravissimo ! Ta na wskroś nowa i oryginalna myśl, wraz z wiadomościami o śmierci królowej Bony i o odkryciu Ameryki (wiadomości, również potwierdzone przez bieg wypadków) winna mocno zapisać się w głowach braci literackiej (tak, tak, panie Juliuszu). Mnie osobiście bardzo podnosi na duchu fakt, że na myśl tę wpadłem równo dwadzieścia lat temu, a właściwie, prawdę mówiąc, nie wpadłem na nią sam - poddał mi ją, zresztą nie podejrzewając jej rewelacyjności, nauczyciel polskiego w czwartej klasie (dawnego typu), człowiek, któremu nb. zawdzięczam to, że choć trochę umiem trzymać pióro w ręku - bardzo to był świetny nauczyciel w pewnym starym, państwowym gimnazjum warszawskim. Przeszłość minęła - ale dziś dawne i jak dotąd dla nas oczywiste prawdy szkolne stają się znowu dla ludzi rewelacją i to - „potwierdzoną przez bieg wypadków". Oczywiście - lepiej późno niż nigdy - ale raduję się, że - ja byłem pierwszy. A więc - nic nowego pod słońcem - masło maśłane - świat kręci się w kółko - to mnie cieszy szalenie - mogę jednak odnaleźć coś znajomego w nowej rzeczywistości. Weselę się więc i - wesolutki jak młode prosię - na półmisku - życzę wszystkim Czytelnikom Wesołych Świąt,

13. IV. 1947, TP nr 108-109