Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O zachodzie na wesoło

Felietony

O zachodzie na wesoło

Data:
2010-12-22 14:55
Koledzy z „Tygodnika" kazali mi napisać felieton do numeru, poświęconego Ziemiom Zachodnim. - Miałeś pretensję, że nie zawiadomiliśmy Cię o numerze tatrzańskim - powiedział Redaktor - a więc pokaż teraz co umiesz i napisz coś wesołego o Ziemiach Zachodnich.
- Hm. Rzeczywiście o numerze tatrzańskim nic mi w swoim czasie nie powiedziano, ale powetowałem to sobie post factum, pisząc felieton o Zakopanem w numerze wielkanocnym. Co prawda nie przyniosło mi to szczęścia: skutek jest taki, że będąc w Zakopanem skradać się muszę o zmierzchu jak złodziej, obawiając się o całość swej fizjonomii - nie jestem bowiem zupełnie przekonany co do słuszności dewizy „gęba nie szklanka, nie zbije się". Otóż obawiać się należy, czy w zachęcie do napisania czegoś wesołego o Ziemiach Zachodnich nie czai się jakiś podstęp: jest to prawdopodobne, zważywszy, że ostatnio w redakcji „Tygodnika" nic mi się już nie mówi, traktując mnie jako zanikający organ szczątkowy. No, ale cóż robić - rozkaz jest rozkazem, zamówienie jest zamówieniem, a więc - do rzeczy.

Na każdy temat można napisać coś wesołego i błahego, przy tym wydaje mi się, że rzeczy na pozór błahe często więcej mówią o rzeczywistości niż rzeczy wielkie, tak jak kuchnia i kuchenna plotka więcej powiedzieć nam może o życiu jakiegoś domu niż reprezentacyjny salon (to ku pamięci przeciwnikom książki Chłędowskiego). Tylko, że niżej podpisany nie jest z natury swej felietonistą i koneserem spraw błahych, lecz ma raczej właśnie predyspozycję do pisania zasadniczych kobylastych, patetycznych, ideologicznych „wstępniaków". - Po cóż więc pisze pan felietony? - spyta ktoś. Ano właśnie - po co ? Tak się już stało.

Ale milcz serce i do rzeczy. Dając mi bliższe wskazówki co do tego, jaki ma być ten felieton, Redaktor rzekł: - Napisz coś o wódce i hulankach we Wrocławiu czy Szczecinie - już Ty to potrafisz. - Pomijając dziwność takiej rady w ustach katolickiego redaktora, stwierdzić trzeba, że myśl jest zdrowa: wódę pije się wszędzie tak samo i wszędzie (niestety) ma ona ten sam smak. A więc - jest punkt zaczepienia, jest motyw przewodni i orientacyjny, motyw ogólnoludzki i ogólnopolski. „Nad dalekim cichym fiordem można także dostać w mordę" - twierdziła stara piosenka: parafrazując tę myśl, spróbuję na wesoło (hej, łzy się kręcą!) przenieść własną małość w piękny plener Ziem Zachodnich i zjednoczyć w ten sposób obrazy tych ziem ze starymi wizjami tzw. Polski Centralnej z jakże znanym i swojskim pejzażem Mazowsza czy Kieleckiego, Pomorza czy Podhala, z perspektywami ulic Radomia i Częstochowy, Skierniewic i Piotrkowa. Dusza moja tarzała się już po Krakowie i po Wrocławiu, po Gdyni i po Szczecinie, dusza moja zasiadała już w knajpach, stołówkach i nocnych lokalach Jeleniej Góry i Legnicy, Wałbrzycha i Karpacza, podobnie jak w knajpach, stołówkach i nocnych lokalach Poznania, Lublina, Łodzi czy Kalisza. A wiec moje „serce alkoholowe" (termin Gałczyńskiego) zjednoczyło już w sobie ziemie te, owe i tamte: wizja jest jednolita "bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił". Wyznanie zaś jakie, choć drugorzędne (od czegóż felieton?) bardzo jest w numerze specjalnym na miejscu. No nie?

A teraz nieco topografii. Ile i co znam z Ziem Zachodnich? Otóż szereg razy bywałem we Wrocławiu i Szczecinie, uwieczniłem to nawet w reportażu zatytułowanym pomysłowo "We Wrocławiu i Szczecinie" (TP 1950, nr 258, 259). Ale fundamentalne, epokowe i światoburczo-historyczne znaczenie ma moja podróż po Ziemiach Zachodnich w roku 1948. Centralny Zarząd Przemysłu Włókienniczego urządził był wtedy dwutygodniową, informacyjną podróż dziennikarską wspaniałym autokarem „Stalowa Strzała". Wydelegowany przez redakcję „Tygodnika Powszechnego" (to były czasy!) przejechałem wówczas około 2 000 km na trasie Warszawa - Łódź - Kalisz - Wrocław - Bielawa - Kłodzko - Nowa Ruda - Wałbrzych - Solice Zdrój - Jelenia Góra - Karpacz - Bierutowice - Legnica - Zielona Góra - Szczecin - Nowa Sól - Stabłowice - Wrocław - Kępno - Sieradz - Łódź - Warszawa, zwiedzając miasta, fabryki i... knajpy (to ostatnie, to koncesja dla frywolnego redaktora „Tygodnika"). Wrażenia swoje uwieczniłem w reportażu „Na Zachodzie - zmiany" (TP 1948, nr 177).

Czuję już, że ktoś się irytuje i powiada : - Panie, cóż z pana za egocentryk i zarozumialec, przecież Pan pisze nie o Ziemiach Zachodnich lecz o sobie, „słoń a sprawa polska" w nowym wydaniu, bo na miejscu słonia figuruje szczur; cytuje pan swoje dawne artykuły jak owi Ormianie, co to mieli ponumerowane kawały i zamiast opowiadać podawali sobie numer, po czym wybuchali śmiechem. Ugrzązł pan w dawnych, wątpliwych laurach, a tu czas pędzi naprzód i pańskie stare wypociny nikogo nie wzruszają. A więc dość tego, pisz pan o dzisiejszych Ziemiach albo forsę oddaj. - Hola - odpowiem na to - wolnego, panie ładny! Wszystko co napisałem dotąd, to był wstęp, to była moja legitymacja, dowodząca, że Ziemie Zachodnie już wcale dawno rozgryzłem. A teraz przyjdzie konkluzja, apoteoza, finał grany na trąbach, rogach i puzonach. Otóż - znam rytm, styl i krajobraz tych ziem i stwierdzam, że weszły one do pejzażu mojej duszy, gdzie dotąd panoszyły się jedynie miłe okolice Skierniewic, Mińska Mazowieckiego, Grójca i Sochaczewa. Najściślejsza „kraina mojej duszy" to oczywiście warszawska ulica, otwocka sosenka na piasku i nadwiślańskie szumiące topole, lecz tamto - zachód - też już jest we mnie, to też Polska, choć inna, to symbol polskości, która utrwala się w najrozmaitszych formach, która wpłynęła w inność, dała się opłynąć Europą. „Polsko, bądź mniej polska !" - zaklinał pewien poeta Dwudziestolecia. Tu na Ziemiach Zachodnich jest właśnie inna Polska, tu patrzy się na polskość z odmiennej perspektywy, z odmiennego kąta załamania, w odmiennym oświetleniu, a spojrzenie takie zawsze twórcze jest odświeżające i cenne. Tu, w innym plenerze i słońcu, w innym rytmie i stylu, w innych domach i miastach żyją Polacy ze wszystkich stron i rejonów Polski, tu mieszają się i scalają gwary i akcenty, tu Polska jest zbawiennie „mniej polska" a przez to Polską nową, żywą, świeża i nieśmiertelną. Polacy ze wszystkich ziem polskich żyją w starych, poburzonych, niesamowitych zaułkach Wrocławia, a także w jego opłyniętych przestrzenią i zielonością nowoczesnych dzielnicach willowych. Polacy modlą się w olbrzymich, cienistych gotyckich kościołach, Polacy roją się po przewianych nadmorskim wiatrem magistralach Szczecina, w rozległych halach fabrycznych i gwarnych ulicach Wałbrzycha, Polacy rezydują w romantycznych sudeckich uzdrowiskach, Polacy pędzą życie w prastarych, na pół zburzonych piastowskich miasteczkach, gdzie, jak w Oleśnicy, historia drzemie w cieniu ozdobionego białymi orłami i herbami Piastów Zamku. A więc - urok tych ziem, gdzie tarzała i będzie się tarzać moja lekkomyślna dusza, to urok Polski i polskości. Polskość jest tu orzeźwiająco nowa, a przecież cień historii, smak i zapach piastowskich wieków unoszą się. w powietrzu. Chwalę więc Zieloną Górę nie mniej niż Radom a Legnicę nie mniej niż Kielce: wszak żyje tu już pokolenie młodzieży, dla którego Nowa Ruda tak samo jest bliska, jak dla mnie Mińsk Mazowiecki, a wrocławskie Sępolno, jak dla mnie warszawska Ochota. Czas płynie, wszystko się zmienia, ale polskość trwa. To piękne, to ważne, to podnosi na duchu. Kończę więc wesoło, choć zacząłem kwaśno.

20 VII 1952, TP nr 383