Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Gwoździe i rocznice

Felietony

Gwoździe i rocznice

Data:
2010-12-10 11:31
Ogólny podtytuł niniejszej serii felietonów „Gwoździe w mózgu" bywa często niewłaściwie interpretowany. Niejeden z Czytelników przypuszcza bowiem, że chodzi tu o gwoździe, które ja wbijam w mózgi moim oponentom czy polemistom. Tymczasem rzecz ma się zgoła inaczej: chodzi o gwoździe, które tkwią w mojej własnej głowie i których staram się pozbyć w ten sposób, że wystawiam mózg na widok publiczny, licząc, że ktoś się zlituje i pomoże mi w usunięciu czy wybiciu owych dokuczliwych, tkwiących w nim przedmiotów.
Robię to więc przede wszystkim dla siebie. Jest to czynność ekshibicjonistyczno-wyzwalająca, coś w rodzaju rozładowywania „kompleksów", wymyślonego, jak wiadomo, przez starego Freuda.

U każdego człowieka tkwią w mózgu jakieś gwoździe, bardzo często wlazły one tam jeszcze w okresie dzieciństwa lub młodości - a uwierają i zmuszają przez to do myślenia aż do późnej starości. Myślenie to rzecz pozytywna, a więc i gwoździe odgrywają rolę poniekąd pozytywną, choć wywołują ból - ale zresztą wszystko w życiu ludzkim wywołuje ból, od urodzenia poczynając a na śmierci kończąc. Dlatego też, choć dopominam się u bliźnich o wyjęcie mi z mózgu gwoździ, nie łudzę się wcale, żeby się to mogło udać: sądzę raczej, że z gwoździami tymi przekołatam już całą moją doczesną wędrówkę - aż do grobu. Co nie dowodzi oczywiście, żebym nie miał żyć z tych gwoździ, demonstrując je bliźnim ku nauce i biorąc za to forsę. Takie jest bowiem rzemiosło szarlatana. (Szarlatan = pisarz: patrz „Kryzys w branży szarlatanów"  Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.)

Jednym z takich gwoździ, od najwcześniejszych lat mnie uwierających, gwoździem w dodatku historycznym, a przez niedawno minione daty przypomnianym, jest działalność, postać i osoba Józefa Piłsudskiego, Oczywiście nie roszczę sobie pretensji, że to we mnie jednym Marszałek wywołał nie ugaszony po dziś dzień ferment myśli, problemów, zapytań, ferment uczuć często sprzecznych, ale zawsze gwałtownych, głębokich, ważkich. Piłsudski i jego problem to „gwóźdź powszechny": można być za, można być przeciw, ale nie sposób go pominąć, zapomnieć, wymazać. Mój Ojciec, żołnierz Legionów, był fanatycznym, namiętnym, karnym i kornym zwolennikiem „Dziadka". Ja, częściowo przez przekorę w stosunku do Ojca, częściowo przez istotną odmienność polityczną, częściowo wreszcie przez niechęć do niezbyt fortunnego otoczenia Marszałka, byłem na ogół w stosunku do Jego osoby sceptykiem. Ale dziś, gdy od Jego śmierci minęło lat dwadzieścia pięć, gdy Jego niecodzienna droga życia, od Syberii, socjalizmu i akcji bojowej do konformizmu, Sanacji i sojuszu w Nieświeżu, stała się historią, wiem, że nie jest ważne ani czyjeś nastawienie uczuciowe, ani czyjś inny sceptycyzm, ani subiektywne „pro", ani subiektywne „contra". Ważny jest osąd myślowy, udokumentowany, historyczny, ważne jest to, co narodowy intelekt wysnuć dziś może z owej dwudziestej piątej rocznicy, jak narodowy mózg upora się z owym potężnym, w głowie starszego przynajmniej pokolenia tkwiącym dziejowym „gwoździem".

Cóż jednak za strawę dały temuż narodowemu mózgowi nasze tygodniki społeczno-kulturalne i polityczne ? Po prostu - z jednym chlubnym wyjątkiem - żadną. Wyjątkiem był arcyciekawy artykuł Władysława Jana Grabskiego w „Kierunkach", podający mało znane szczegóły, dotyczące stosunków między Józefem Piłsudskim a prezydentem Stanisławem Wojciechowskim. Artykuł tym ciekawszy, że wyszedł spod pióra syna byłego ministra i premiera i budzi zaufanie swym autentyzmem.

Ale był to — powtarzam — artykuł jedyny: poza tym cisza, milczenie, grób. Nie pojmuję tej ciszy, ona mnie męczy i korci. Jakżeż jest możliwa cisza nad historią w okresie, gdy taką wagę przykłada się do historyczności wszystkiego, co się dzieje, do powiązania fragmentu z całością, do myślenia dialektycznego ? Nie chodzi tu, powtarzam, o „pro" czy o „contra", chodzi o myślenie historyczne, które jest, jak wiadomo, złożone i skomplikowane. Dla pełni historycznego osądu nie może zbraknąć niczego, nie może zbraknąć i tej rocznicy, bez względu na to, jakie, pozytywne czy negatywne, uczucia budzi ona w kimkolwiek z nas.

Dziwię się więc tej ciszy, Koledzy Redaktorzy, tak samo jak dziwię się np. pomijaniu rocznicy Konstytucji 3 Maja, Wszakże Konstytucja ta to jeden z najbardziej światłych i, używając dzisiejszej nomenklatury, postępowych aktów w historii Polski. Lewicowi historycy uważają ją za jedyny polski odpowiednik czy odprysk Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a pomija się ją tylko dlatego, że kiedyś endecy, wcale zresztą nie wiadomo z jakiej racji, uznali ją za swoje święto i przeciwstawiali Pierwszemu Majowi. Ale dlaczego właściwie mamy w tym wypadku słuchać endeków, nie zaś Historii ? ! Nawet nieoceniony „Tygodnik", który zresztą specjalizuje się w przegapianiu wszelkich dat i rocznic, skrobnął w tym roku coś z okazji 1 Maja (artykuł wstępny - o pracy) - za to o 3 Maju - ani słowa.

Dziwię się. Co prawda Jerzy Waldorff napisał niedawno, że gdyby człowiek chciał się dziwić wszystkiemu, co jest dziwne, musiałby mieć ciągle otwartą ze zdziwienia gębę, co mogłoby poczytać za zachętę jaskółki, zakładając w tejże gębie gniazdo. Wobec tego zamykam wymienioną gębę, choć dziwić się nie przestaję.

29 V 1960, TP nr 592