Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Szkoła anielstwa i szkoła diabelstwa

Felietony

Szkoła anielstwa i szkoła diabelstwa

Data:
2010-11-05 10:26
Prasa nasza usilnie propaguje ideę czystego anielstwa politycznego, podczas gdy od wieków wiadomo, że na tym świecie dużo ma do powiedzenia diabelstwo: szatan dostał przywilej kuszenia ludzi śmiertelnych i z przywileju tego korzysta że aż ha, zwłaszcza w tak "ludzkiej arcyludzkiej" dziedzinie jak polityka. Ale u nas uważa się, że jak diabła przemilczeć, to przestaje on istnieć. Takie to my jesteśmy moralne strusie — he, he.
Oto przykład propagandy anielstwa, tytuł wieczoru dyskusyjnego, jaki się odbył w Warszawie: "Powstanie Styczniowe jako wyraz wiary w moralność międzynarodową". Hm. Ciekawe, co stało się z tą wiarą po krwawym stłumieniu powstania, dokonanym wobec przyzwalającego milczenia mocarstw europejskich? "Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". I cóż na to moralny aniołeczek Paweł Jasienica, którego słodkie, szlachetnie patriotyczne pienia koncertują mi ostatnio na nerwach w sposób bezprzykładny. Jak tam z międzynarodową moralnością, drogi aniele — he, he?

Osobiście, jak mówię, nie ograniczam się do wiary w anioły, niewątpliwe jest dla mnie również istnienie kochanego diabła. Bardzo to ryzykowna edukacja i terapia wobec młodzieży starać się jej wmówić, że diabła nie ma i że na świecie panuje "idylla maleńka taka". To po prostu udziecinnianie, czy jak mówi Gombrowicz, "opupianie" ludzi. I jakżeż przykre może być przebudzenie naszych na aniołki wystruganych milusińskich, gdy diabełek nagle się objawi i uderzy rożkiem. A uderzyć może — oj może!

Jeśli o mnie chodzi, zalecam jako "bazę" raczej wiarę w niemoralność międzynarodową — wtedy za to mogą być przyjemne niespodzianki. Żyjąc przeszło pół wieku, miałem niejedną okazję poobserwować taką niemoralność. Zdarzała się i w naszej sielskiej anielskiej Polsce — wszakże nikt z nas nie jest bez grzechu. Wspomnijmy tylko zajęcie Zaolzia w czasie rozbioru Czechosłowacji w 1939: rzecz była moralnie arcynieprzyjemna, ale iluż ludzi cieszyło się w duszy z terytorialnego nabytku? No cóż — natura ludzka jest skażona, a aniołkami staniemy się dopiero po odbyciu czyśćca. Tak jest postanowione i zapisane.

A więc dla uniknięcia zaskoczeń, trzymam się raczej wiary w przyrodzone polityczne diabelstwo. Wiarę tę zaszczepił mi niezapomniany Profesor Diablologii Dobrodusznej, zmarły niedawno Świętej Pamięci Adam Krzyżanowski. Nie bardzo jakoś uczciła go po śmierci polska prasa: napisano skąpo, a to, co napisano, suche było, dostojne i drętwawe. Obok Angelologii Politycznej szerzy się bowiem u nas kult wielkich słów, słów fasadowych, które nic nie znaczą, o ile nie widzi się za nimi człowieka. I właśnie grozi nam, że skąpe zresztą ale dostatecznie drętwe słowa przysłonią i zagubią ze szczętem postać Adama Krzyżanowskiego, jego osobowość niezapomnianą, tak bardzo krakowską, czyli europejską (bo Kraków to w Polsce najprawdziwsza austro-węgierska Europa!). Więc, jako antidotum — parę słów małych.

Wzorem greckich Perypatetyków i Sokratesa, od lat przeniesiony na emeryturę Profesor nauczał nas przechadzając się po Plantach: któż nie pamięta tej charakterystycznej postaci dobrodusznego Mefistofelesa, ze szpiczastą siwą bródką i potężnymi, nawisłymi brwiami, komuż nie brzmi w uszach jego bezlitośnie ironiczny a zarazem nieodparcie dobroduszny śmieszek? Profesor wyznawał polityczne diabelstwo, choć tęsknił za anielstwem. Tej swojej tęsknocie dał zresztą wyraz w książce "Chrześcijańska moralność polityczna", wydanej przez prywatną firmę Eugeniusza Kuthana (to były czasy!). Państwowe bowiem firmy i instytucje zgoła się do Profesora nie paliły: wszystkich napuszonych oficjałów odstraszał przez całe życie nieugiętym, nie szczędzącym bliźnich ani siebie humorem. Humor szedł u niego zawsze w parze z przenikliwością, jaką tropił Diabła i pomniejsze diabliki w każdej sprawie, a w sprawie politycznej przede wszystkim. Nie brał diabła na tragiczno, lecz śmiał się z niego, a to najlepszy sposób, żeby uczynić go (diabła) bezradnym.

Zwróciłem kiedyś Profesorowi uwagę, że rząd pewnego kraju ogłosił dementi zaprzeczające pewnej wiadomości. — Ano w takim razie wiadomość jest prawdziwa — zakonkludował Profesor — tylko w takim wypadku ogłasza się dementi! Innym razem omawialiśmy mowę pewnego męża stanu. — Jest za logiczna i za dużo w niej rzeczy prawdziwych — powiada Profesor — więc oczywiście wywoła skutek przeciwny do zamierzonego!

Był mistrzem od nie sprawdzających się przepowiedni, o czym wiedział i z czego sam pokpiwał. Zagorzały zwolennik teorii Malthusa twierdził, że o ile nie zmniejszy się przyrostu naturalnego, ludzkości grozi dalszy cykl straszliwych wojen. Pewnego razu przyniósł do "Tygodnika" artykuł, poruszający problem starych ludzi. Profesor twierdził tam, że plagą krajów o bardzo wysokiej stopie życiowej (Skandynawia) jest nadmiar nieproduktywnych starców. Ksiądz Redaktor Jan Piwowarczyk wzburzył się wielce i oświadczył, że takiego artykułu w katolickim piśmie drukować nie sposób. W pewien czas potem spotykam Profesora i pytam, jak się czuje (dochodził wówczas osiemdziesiątki). — Ano cóż, macie za swoje — odpowiada. — Odrzuciliście mój pogląd na starców, więc co mam robić: czuję się dobrze!

Mówiono o Nim, że jest arcymasonem, ale, mimo licznych moich nagabywań, nie puścił na ten temat pary z ust — jak prawdziwy mason. A szkoda, bo ja od lat chcę się zapisać do loży, tylko nie wiem, jak to zrobić. I oto Profesor zabrał tajemnicę do grobu, nie zdążywszy mi jej zdradzić. Wiele innych rzeczy zabrał też ze sobą, lecz tego, co nam zostawił, wystarczy, aby go nie zapomnieć aż do śmierci (naszej). Z jego osobą krakowski Klan Czcicieli Diabła utracił honorowego prezesa. Ale diabelstwo nie zginęło jeszcze, póki żyje Kraków. Atmosfera Podwawelskiego Grodu tak jest sugestywna, że nawróciła niejednego: tak na przykład do grona krakowskich diablologów przeszedł słynny niegdyś warszawski działacz Władysław Wolski, który również w gronie Perypatetyków na Plantach widzieć się daje. Niżej podpisany jedynie do anielskiej przeniósł się Warszawy, gdzie wszyscy widzą tylko cnotę, moralność, szlachetność, prostolinijność, a w polityce jak zarazy brzydzą się wszelkiego podstępu, chytrości, krętactwa, oszustwa, uważając, że najlepszym środkiem dojścia do celu jest serduszko na dłoni, mówienie całej prawdy i kwita. Jakoż tu między takimi aniołami żyć człowiekowi grzesznemu i skażonemu, człowiekowi, którego kult diabełka kusi, oj kusi! Cóż pozostaje takiemu człekowi? Ano, wspominać przedsionek piekła czyli krakowskie Planty i Profesora Diablologii Adama Krzyżanowskiego czyli — Adasia. Nazywaliśmy go tak zgodnie z własnym jego dowcipem. Tytułowano go bowiem zawsze, krakowską modą, "Panie Rektorze". Kiedyś jednak roztargniony w czasie egzaminu student zwrócił się doń per "Panie Profesorze". A On na to: — No tak, dziś jest "Panie Profesorze", a jutro to już będzie "Adasiu"!

Wiecie, jak się śmieje Szatan ? Meche, meche! Czego i Wam życzę.

17 III 1963, TP nr 738