Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O śmieszności, listach i sprawach...

Felietony

O śmieszności, listach i sprawach poważnych

Data:
2010-12-23 14:12
Wiele osób ma do mnie pretensję, że felietony z cyklu „Gwoździe w mózgu" nie są śmieszne. Pretensja to co najmniej dziwna, w rodzaju słynnego pytania Gałczyńskiego „dlaczego ogórek nie śpiewa ?". Gwóźdź w mózgu wcale nie powinien być śmieszny, jego założenie i funkcja społeczna są zgoła inne. Przy tym w ogóle nie ma się znowu z czego tak bardzo śmiać - socjalizm to nic śmiesznego, jak powiedział pewien surowy przewodniczący do chichoczących na zebraniu panienek.
Osobiście nigdy nie byłem w zamierzeniu humorystą, choć jeden mój znajomy twierdzi, że wszystko, co robię, jest bardzo śmieszne. Po prostu chodziło mi o rzeczy poważne a na przynętę podawałem różne głupstewka w rodzaju „posła-osła" i tak dalej. Że głupstewka te mało są dowcipne i w ogóle niewybredne, to święta prawda (rację po trzykroć miałaś o „Nowa Kulturo!") ale wynika to właśnie z faktu, że nie jestem humorystą. Raz tylko w życiu udało mi się wymyślić dowcip, lecz i ten był niedobry, a przy tym niecenzuralny. Poza tym zdany jestem na humor dość tani, za pomocą którego osłaniam rzeczy poważne. Rezultat jest jednak niezbyt miły: powstaje oto dosyć mdła potrawka publicystyczna, która odznacza się i słabym humorem, i słabą powagą. „Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra" (otóż macie — na to mnie tylko stać!). Wniosek z tego wszystkiego wydaje się dość prosty: trzeba raz na zawsze skończyć z humorem i wziąć się do rzeczy świata tego całkiem poważnie. Tylko, że może wtedy będzie to dopiero naprawdę śmieszne. Przypomina mi się pewne wydarzenie w Filharmonii Warszawskiej przed wojną. Grał mianowicie słynny skrzypek Paweł Kochański. Posiadał on w ogóle twarz nieosobliwą, ale na tym koncercie wyrabiał już takie miny, że publiczność w pierwszych rzędach nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Później dopiero okazało się, że artysta miał podczas koncertu atak wątroby i krzywił się z bólu. W dwa miesiące później umarł właśnie na raka wątroby. Tak to bywa na świecie.

Otóż niżej podpisany piastując od lat zaszczytny tytuł „błazna rewolucji" (nawet tak poważne instytucje jak rewolucja muszą posiadać swych błaznów), ma w istocie duszę smutną i napełnioną pesymizmem. Chętnie zabawiłbym się w Kasandrę, co w Polsce, jak twierdził Ksawery Pruszyński, zawsze się udaje. Dziwne to zjawisko, że właśnie epoka odnowy, a nie epoka rządów głośnej jednostki z wąsami, napełniła mnie „integralnym pesymizmem", ale może to tak zawsze jest na świecie: lepsze widać pewne zło niż niepewne dobro. „Najgorsza ta niepewność", jak mówi znana anegdota o zazdrosnym mężu.

Dostaję mnóstwo listów i te listy właśnie to jeden z zasadniczych powodów mojego pesymizmu. Mowa w nich o krzywdach, niesprawiedliwościach, świństwach, błędach i głupstwach, od jakich włosy na głowie stają. To, co się w Polsce między ludźmi narozrabiało w ciągu ostatnich dwunastu lat, jest rzeczą trudną do opowiedzenia. I oto autorzy listów zwątpili w cokolwiek  innego  jak  w możliwość  czyjejś  osobistej  interwencji. Ludziom trudno uwierzyć, że coś można załatwić zasadniczo, globalnie, jawnie,  ustawowo, prawnie.  Załatwić można tylko osobistą interwencją, wpływem, rozmową, w cztery oczy, z ucha do ucha... Listy proszą, błagają, zaklinają - o interwencję. Nie o zmianę „porządku świata tego" - tylko o tę jedną właśnie, drobną, jedyną a konieczną do życia interwencję. O naprawienie jednej  krzywdy, jednego głupstwa,  jednej  niesprawiedliwości, jednego nonsensu.

Te listy to jest moja zmora, to właśnie moje gwoździe w mózgu. Składają się w sumie na obraz zgoła upiorny - a potem chcecie, żebym miał humor. Zaręczam: humoru w tym wypadku zachować nie sposób. Na stan jego wpływa decydująco jedna myśl, jedna idea natrętna, l e i t m o t i v, obsesja, gwoźdź w mózgu. Ta myśl to pytanie, czy zamiast biegać od rana za owymi „interwencjami" nie dałoby się ulepszyć, zreformować, zmienić tego wszystkiego, co się dzieje. Wszakże ryba śmierdzi od głowy, nie łapmy się więc ogona, nie leczmy objawów choroby, lecz jej przyczyny.

„Pan chce naprawić błędy systemu?

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie?

Był tu jut taki dziesięć lat temu

Skumbrie w tomacie, pstrąg!

Także szlachetny, strzelał - nie wyszło!

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!

Krew się polała, a potem wyschło,

Skumbrie w tomacie, pstrąg!

Tak proroczo pisał był niegdyś mistrz Konstanty Ildefons, I rzeczywiście: „naprawić błędy systemu" okazuje się rzeczą niezwykle zawiłą, trudną, skomplikowaną. Pisałem niedawno o „ogólnej niemożności". Wszyscy chcą, ale nie mogą. Wszyscy dobrze wiedzą, mówią mądrze właśnie o „błędach systemu", o modelu, bodźcach, prawach ekonomicznych. A listy od nieznanych, bezradnych ludzi płyną i płyną: niedługo nas zasypią.

Optymista powie, że przesadzam, że nie od razu Kraków zbudowano, że nie łatwo odkręcić to, co tak silnie zakręcono, że poprawa już się objawia, że powszechna ulga jest wyraźnie zauważalna i tak dalej. Na wszystko zgoda, ale pozwólcie też egzystować pesymiście i wrażliwcowi. Bardziej boję się niepewnego dobra niż pewnego zła, uważam pesymizm za postawę twórczą i potrzebną, a nieustanne ludzkie listy gnębią mnie i spać nie dają. To są moje „gwoździe w mózgu" - i naprawdę, wierzcie mi, nie są one wcale śmieszne.

24. III. 1957, TP nr 427