Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Na dnie stawu

Felietony

Na dnie stawu

Data:
2010-12-23 13:47
W „Odrodzeniu" autor felietonu „Przednówek" (kjw) skarży się na nudę i jałowość, panoszącą się w naszych czasopismach. Święta prawda!
Zdaje się, że po prostu wszyscy się już wypisali i, jak mówi Gombrowicz, „zapanowała ogólna niemożność" - na sobie odczuwam to również dotkliwie. Siedzę z absolutną, rozpaczliwą pustką w głowie - a tu trzeba wymyślić felieton i to przyzwoity - nie mogą to być żadne „ecie pecie". Ale o czym?! Wszystko już wiadomo, wszystko już się „opatrzyło", wszystko skrystalizowano, określono, zdefiniowano, jest ciasno, duszno i jałowo, choć dobitnie i wyraźnie. Trudno o myśl zapładniającą, o pretekst, o wątek: spory ideowo-personalne już się znudziły, każdy wie na pamięć, aż do ziewania, takiego co to szczęki z zawias wyskakują, że „Kuźnica", że „Tygodnik", że Żółkiewski, że Otwinowski, że to, że tamto. O polityce? Można - ale właściwie - też już wszystko wiadomo („Mów do mnie jeszcze — ludzie nas nie słyszą", albo „Ty mów, a ja zdrów", albo „Gadaj do lampy", albo „Przemówił dziad do obrazu" albo.— itd.).

Hasła codziennego dnia pracy nowej Polski, choć pozytywne i bezsporne, dziwną mają w sobie zamkniętą i ciasną jednoznaczność - nie widać w nich uroku kuszącej tajemniczości, owej niejasnej, arcyciekawej, domyślnej raczej a przecież realnej obietnicy, możliwości nieograniczonych perspektyw, których wizja czy nadzieja ożywiała zawsze wszelkich conquistadorów — wszak conquistadorami muszą być Polacy w kraju przeoranym przez wojnę, pracujący na Ziemiach Zachodnich czy w Prusach Wschodnich.  Zagospodarowanie,  odbudowa,  upowszechnienie, zjednoczenie - to hasła rozsądne, konkretne, nie nasuwające wątpliwości - a przecież dziwnie bezbarwne, nieatrakcyjne, pozostawiające ludzi obojętnymi - nie są uskrzydlone tchnieniem wielkiej idei ani zabarwione i ożywione magią wielkiej nadziei. Pracować - pracujemy, odbudowywać - odbudowujemy, upowszechniać - upowszechniamy - ale dlaczego ludzie się nudzą? Dlaczego nad Polską wisi dziwna mgła niewiary, sceptycyzmu, marazmu, nieufności, a prowincja polska dziś to po prostu kraina snu, gdzie tylko alkohol rozświetla czasem szarość zmierzchu ludzi znudzonych i nie mających na nic ochoty? Czy to zmęczenie wojną, czy może poczucie europejskiej bezsilności - wszak Europa z subiektu stała się obiektem, to przepaja i nasyca jej atmosferę, to jest leitmotiv jej codziennej pracy. Opowiadano mi o pewnym Amerykaninie, który powiedział tak: my istniejemy dwieście lat a wy tysiące, myśmy przez swoje dwieście lat zrobili tyle, że dziś ochłapami dożywiamy jeszcze Was, a Was po tylu tysiącach lat stać było tylko na Hitlera, totalizm i wojny światowe. Okrutna to i nazbyt prosta synteza - nie uwzględnia okoliczności łagodzących, lecz jest w niej coś z prawdy. Wiemy to, i mimo to - pracujemy. Praca nas przecież trzyma, praca nas chroni, praca nas konserwuje, lecz jednocześnie praca, połączona z nieustannym uświadamianiem sobie monotonii otaczających nas form, ograniczonych i nazbyt skrystalizowanych, tchnie smutkiem nowoczesnej, zmechanizowanej fabryki, gdzie jest wysiłek, lecz nie ma niespodzianek, gdzie jest walka, lecz sukces nigdy nie przekracza rozmiarów przewidzianych, gdzie jest rytm, lecz brak - ducha.

Siedzimy w jednym z europejskich akwariów, natłoczonych drobnymi ale nieruchawymi, bo podtrutymi rybkami, albo może na dnie zielonego, nie wyszlamowanego stawu, w którym tkwią same muszle, a ruch wnoszą jedynie krążące tu i tam - pijawki. Buntujemy się przeciw temu nastrojowi: wszak niepodległość po latach okupacji nie może być nudna, tu gdzieś tkwi błąd, ale gdzie - może w nas samych?! Prasa codzienna zionie optymizmem, a tymczasem dzień powszedni - zieje bezsilną melancholią. Ja też jestem bezsilny. Redaktor skazał mnie na cotygodniowe „struganie małpy", wykrzywianie się i wesołe skoki, a tu - brak mi energii i humoru.

Pewien kolega skarżył się kiedyś gorzko, że nie mieliśmy radosnego święta - zakończenia wojny: tyle lat okupacji marzyło się o wspaniałych obchodach i manifestacjach, o polskim wojsku, o orgii wolności - tymczasem, gdy moment nadszedł, ujrzeliśmy nieoczekiwany obraz: po udekorowanych sztandarami ulicach miast krążyli „szarzy" ludzie poważni, nieufni, wyczekujący i jakby speszeni. Czyżbyśmy przez okres okupacji stracili prawo do radości, czyżbyśmy byli pokoleniem beznadziejnych bankrutów, czy też - tkwi tu jakiś błąd? Nie podejmuje się odpowiedzieć na te pytania - wy mi odpowiedzcie!

Chciałem na tym skończyć, lecz to byłoby i zbyt smutne i nieprawdziwe. Pesymizm nie może zapanować: jest postawa najłatwiejszą, a właściwie — nie jest w ogóle postawą; jest formą śmierci duchowej, gorszej od śmierci fizycznej. Czy znacie taki wiersz angielskiego poety Symonsa:

„W tym życia błędnym kole

Niż płakać — śmiać się wolę;

Nie wpadam w melancholię

Choć ostry krzew ukole

W tym życia biednym kole..."

Ładnie, lecz i to nie wystarcza: tylko się śmiać, to również postawa dekadencka. Śmiać się można i trzeba, lecz przede wszystkim trzeba — wierzyć. I ja wierzę. W co ? — zapytacie. Na to Wam tutaj nie odpowiem, to nie miejsce, zresztą gdy tylko mówię, tu poważnie, to posądzają mnie o blagę, hipokryzję i kpiny. Wierzę w różne idee, o których mowa jest na innych stronach „Tygodnika". I wiem, że tylko silna wiara zniweczyć może skutki zatruwającego dusze Europejczyków czadu pesymizmu i poczucia bezsilności.

11 V. 1947, TP nr 112