Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Pokajanie

Felietony

Pokajanie

Data:
2010-12-16 14:53
W czasie okupacji w Warszawie jadałem obiady w kuchni Literatów, mieszczącej się w dawnym lokalu PENClubu przy ulicy Foksal. Spotykało się tam wielkie "gwiazdy" literatury polskiej, jak Karola Irzykowskiego, Marię Dąbrowską oraz młodzieńcze, najrozmaitsze gwiazdki, które mocniej lub słabiej zapaliły się na literackim firmamencie niedługo przed wojną, takie jak Jerzy Andrzejewski, Janusz Minkiewicz, Tadeusz Hollender, Anna Świrszczyńska czy Stefan Otwinowski.
Obok wielu bardziej lub mniej znanych osób przewijało się. też sporo „typów" zgoła nieznajomych, z którymi wymieniało się tylko grzecznościowe ukłony. Wśród tych ostatnich zapamiętałem uprzejmego, bardzo gładkiego młodzieńca, który wspomniał mi kiedyś, że pośredniczy w handlu obrazami (któż nie handlował choć przez pewien okres w tych arcychudych czasach?), a o którym słyszałem też, że gra namiętnie w brydża. Nazwiska jego nie znałem, a osoba niespecjalnie narzucała się uwadze.

Przyszło Powstanie, które rozpędziło nas wszystkich na cztery wiatry, i dopiero po wojnie spotkałem owego młodzieńca na Plantach w Krakowie. Powiedziano mi jego nazwisko, dosyć już znane w światku publicystyczno-dziennikarskim. Pisywał dużo, z początku przeważnie artykuły polityczne w „Dzienniku Polskim", „Odrodzeniu", „Kuźnicy", rozpoczynał jednak również pracę czysto literacką.

Zaczął się wtedy u mnie okres ogromnej niechęci do tego faceta. Pisał niby po marksistowsku, jakoś tak "na zamówienie", okropnie gorliwie, a przecież z nutą szczerości i jednak znowu z nie budzącą mego zaufania grandilokwencją. Byłem wówczas arcyopozycyjny (to były czasy!), wściekły, zbulwersowany, we wszystkim, co pisał ów młody człowiek, dopatrywałem, się koniecznie fałszu, dwuznaczności, wulgaryzacji, rozmyślnego upraszczania faktów, planowej, ubranej w szaty patosu tendencyjności. Drażnił mnie niepomiernie, toteż atakowałem go, gdzie mogłem, rzucając się nań z ujadaniem, niczym agresywny psiak. Nie reagował jednak na to, uśmiechał się łagodnie i dalej kontynuował swój historiozoficzno-publicystyczny marksizm, którym doprowadzał mnie do szału.

Jeszcze gorzej było, gdy zaczął pisać powieści. Dopatrywałem się w nich mistyfikacji i przeinaczeń na wielką skalę: gniewały mnie one tym więcej, że poruszały tematykę bardzo mnie obchodzącą. Jego cykl, obrazujący okres międzywojenny, uznałem za zimny paszkwil, jego powieść o powojennej rzeczywistości za świadome a perfidne „lakiernictwo". Tymczasem stał się znanym pisarzem, utwory jego weszły do lektury szkolnej, a ja w bezsilnej wściekłości, postanowiłem przestać go w ogóle czytać, co też przez dłuższy okres pilnie realizowałem.

Lata płynęły, przyszła „odwilż" i oto nagle fortuna się odwróciła. Mój znajomy, przedtem powszechnie chwalony „pieszczoch losu", stał się nagle powszechnie atakowanym symbolem czasów mijających: atakowali go teraz wszyscy, nawet ci, co sądząc po „okresie minionym" mieli do tego jak najmniejsze prawo. Ale mnie nagle przestało to bawić: nie lubię robić tego, co wszyscy, a mój młodzieniec (który tymczasem zdążył już utyć i nawet „podtatusieć") zachowywał się z dużą godnością: nie kajał się ani odżegnywał od przeszłości, nadal uśmiechał się łagodnie, zdając się wszystko rozumieć i — pisał dalej. Czasem czytywałem go już po trochu — pisał wcale, wcale i nie poddawał się. To lubię, rzekłem, to lubię.

Znów mija parę lat, lat trudniejszych i bardziej zawikłanych moralnie niż tamte łatwe lata trudnej sytuacji i oto nagle wpada mi do ręki tomik nowel „Romantyczność" Kazimierza Brandysa, bo o nim to cały czas mowa. Czytam i chwytam się za głowę: toż znakomita książka, jedna z najlepszych, jakie u nas po wojnie napisano. Ale co najważniejsze: jest to książka prawdziwa — bezkompromisowo i gorzko prawdziwa.

Brandysowi zarzucałem zawsze, że nie widzi - czy nie chce widzieć - prawdy, złożonej, okrutnej prawdy. A tu właśnie chce ją widzieć - i potrafi. Zdejmuje z duszy ludzkiej warstwę po warstwie, niczym Karol Irzykowski w „Pałubie" odkręca z mechanizmu śrubkę po śrubce, aby zobaczyć wreszcie, co jest w samym środku. Nie cofa się przed wnioskami dotkliwymi czy paradoksalnie szokującymi: ów generał SS, który jest jakoś uczciwy i logiczny a przecież zbrodniczy - choć w jaki sposób, w jaki sposób winny czy niewinny: wobec Boga, wobec historii, wobec społeczeństw? Ów zasłużony pisarz a przecież kabotyn, mistyfikator, błazen - nieszczęśliwy i szczęśliwy swym nieszczęściem. Owi bohaterowie narodowej legendy, też kabotyństwo i psychopatia, a przecież w randze i w szrankach historycznego determinizmu - czy człowiek widziany od środka nigdy nie może być inny, nieskompromitowany? A kobieta, której bohaterstwo czy poświęcenie wydrwione zostało przez wypadki, przez istotne oblicze wypadków - ale czy mogła ona o tym wiedzieć, czy powinna była o tym wiedzieć ?

Cóż jest prawda? - pyta Piłat i za nim pyta dziś o to Brandys. Zbrojny we wszystkie zachodnie skalpele i mikroskopy freudyzmu, historycyzmu, determinizmu, egzystencjalizmu, psychologizmu przychodzi na nasza stronę świata i bada; coraz głębiej bada człowieka z tej części Europy, człowieka poddanego naszej historycznej łaźni, człowieka tak czy owak „wystawionego do wiatru" przez historię, człowieka, który, gdy bankrutuje, chce przynajmniej wiedzieć dlaczego, który chce znaleźć pewność w niepewności, równowagę w upadku, wartości w przewartościowaniu. Brandys szuka razem z tym człowiekiem. Czy robi to po marksistowsku? Nie moją rzeczą o tym sądzić, od dziś przestaję wbijać mu dokuczliwe szpilki podejrzeń. On coraz głębiej i coraz dotkliwiej szuka prawdy: warto było przejść czyściec  półprawd,  półhipotez,  półmistyfikacji,  okres prób  i „roboczych" uproszczeń, aby móc wreszcie wdrążyć się tak głęboko. Cóż wiemy o zawiłej drodze pisarza - czasem prowadzi ona do jednej książki, czasem donikąd, czasem do sukcesu, czasem do żałosnej porażki. Ale godny pilnej uwagi jest skomplikowany trud, który przez mozolne szczeble parania się półprawdami i półuświadomieniami doprowadza do próby rzeczywistej, najtrudniejszej, najokrutniejszej, próby sięgającej granic wytrzymałości ludzkiego intelektu, próby zmierzenia się ze złożonością, wielością, wielopłaszczyznowoŚcią całej prawdy. Jak ma nowoczesny człowiek „wymierzyć sprawiedliwość widzialnemu światu"?

Nie piszę tu recenzji, lecz tylko pospieszny felieton. Felieton z natury swej musi być płytki: jest próbą, skrótem, sygnałem. A więc sygnalizuję: Brandys Kazimierz, „Romantyczność", chapeau bas!

19 III 1961, TP nr 634