Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Pożegnanie z felietonem

Felietony

Pożegnanie z felietonem

Data:
2010-12-03 11:32
Powziąłem decyzję smutną a ponurą: pora skończyć z "Pod włosem". Ten felieton będzie ostatni - potem długo, długo nic, a potem? — ha, któż to wie?! A nuż — a widelec, jak mówi... zresztą nie powiem, kto tak mówi.
"Koniec i bomba,
A kto czytał, ten trąba!"
(Gombrowicz)

Napisałem 140 felietonów, pierwszy ukazał się w numerze 20 "Tygodnika Powszechnego" z dnia 5 sierpnia 1945 roku - nosił on tytuł: "Sandauer w opałach". Dzisiejszy będzie ostatni - choć o Sandauerze ani w nim słowa - Sandauer rozwiał się po drodze w nicość wobec zawrotnego tempa historii. Przeszło trzy i pół roku felietonowej pracy pod wiatr, 140 felietonów "jak nóż", - czyż to mało? Pora wycofać się na upatrzone z góry pozycje.

- Hola, panie Kisiel! - wrzasną czytelnicy - cóż to znowu za hopsztosy?! (stare, słowiańskie słowo, wydobyte ostatnio spod kurzu zapomnienia przez prof. Lehr-Spławińskiego). - Dezercja?! Defetyzm?! Straszak za kołnierzem?! Przesławne wianie?! - Teraz, gdy Polewka obsobaczył pana ze wszystkich stron jak święty Michał diabła, gdy w "Po Prostu" walą w pana jak w kaczą... głowę, gdy "Wieś" rąbie pana jak zmarzłą golonkę, gdy Borejsza żywym ogniem z paszczy bucha, pan chce im wszystkim podać tył?! W takiej chwili?! A fe! Tegośmy się po panu nie spodziewali! Przekreślił się pan w naszych oczach, ducha w panu tyle co w zającu, a myśmy myśleli, żeś pan orzeł! A fe!!

Chwileczkę, moi mili parafianie, powoli, powoli! Dajcie sobie wytłumaczyć, wysłuchajcież podsądnego przed wydaniem wyroku, nie jest znowu jeszcze tak źle! Nie wieję w popłochu. Po prostu - odwrót strategiczny, na nowe pozycje, celem zdezorientowania przeciwnika: adwersarze przyzwyczaili się walić w to i to miejsce, a tymczasem fik-myk i mnie tam nie ma, a tu naraz pac! i padają na zęby. To przecież nie sztuka nadstawiać tylce do bicia, sztuka natomiast nadstawić... figę. Wycofać się w momencie niespodziewanym dla przeciwnika, po czym skoczyć na nie spodziewającego się przeciwnika - oto sztuka... całkiem świeża (gołą dłonią siąść na jeża). Tej sztuki postanowiłem dokonać, jako strategik mocno wykształcony (pilnie studiowaliśmy przecież z ob. Stefanem Żółkiewskim w poczciwym "Legionie Młodych").

Istotnie, wierzcie mi, na pozycjach felietonowych wytrwać się dłużej nie da — trzeba wymyślić coś nowego. Nie z powodu silnego obstrzału - nikt już ostatnio nie strzela, chyba grochem - lecz z powodu braku... amunicji własnej. Przede wszystkim nie starczy humoru. Felieton musi przecież być wesoły, czyli szampański, a tu człowiekowi staremu wcale nie do śmiechu, szczerzy zęby z przymusem i rechocze nieszczerze baranim głosem. Z początku pisywałem o rzeczach wielkich jak słoń (z podziwem czytam dziś swoje ówczesne felietony), potem przeszedłem na kwestie skromniejsze, bo wielkości konia (białego), potem przeszedłem na pieski (Żółkiewski, Kott, Brandys, Jaszcz, Król, Minkiewicz, Lissa i wielu innych), dziś zeszedłem po prostu na psy i ostała mi się jeno - hej, łzy się kręcą - polewka. Muszę pić zupę, której nikt nie chce, dogryzać stare ogryzki, wysysać kości, wyciskać zjełczałe mózgi. Nie, panowie i obywatele! Pora wycofać się do - Sulejówka! Zejść z estrady w jakiej takiej formie, aby wesołą i pewną siebie postać zapamiętali widzowie, nie skurczonego, za brzuch (po złej zupie) trzymającego się zgniłka. Jeśli masz atak wątroby, to choruj za kulisami, nie na scenie. Publiczność płaci za dobre i wesołe widowisko - złe i przykre wygwiżdże. Nie chcesz być wygwizdany - schowaj się na czas, jak diablik w szopce. Język ci stanął kołkiem - maszeruj za kulisy! Role ci się poplątały, sufler gdzieś się zapodział - maszeruj do garderoby!

W młodości (tj. w 1945 roku - O Roku Uff!) inne co prawda hodowałem w duszy marzenia. Śniła mi się kariera kieszonkowego Rejtana i zmotoryzowanego Stańczyka, chciałem za pomocą błaznowania robić wielką politykę. O jerum, jerum, jerum! Widać polityk ze mnie, jak z koziej... głowy trąba, bo oto zostało mi tylko - błazeństwo. I to - kiepskie. Nikt się już nawet na mnie, poza Borejszą, nie oburza - Zramolał stary Kisiel ze szczętem - mówią - zlazł na psy, jak Gałczyński; "Zielonej Gęsi" czytać już nie można, "Pod włos" jeszcze można - ale po co?! Zamienić tekę Rejtana na torbę Sancho-Pansy - o, panowie, trzymajcie mnie, bo upadnę! Ten ból jest ponad siły, niewypowiedziany - zaprowadźcież mnie w miejsce ciche a ustronne. Chcę być sam.

Drogi czytelniku, kotku luby - o Ty, co towarzyszyłeś mi wiernie  poprzez  wertepy  felietonowej, kamienistej i guzami obsianej drogi, Ty, coś słał mi serdeczne listy, a w nich słowa zachęty, gdy mnie z "Tygodnika Powszechnego" na czteromiesięczne rekolekcje odesłano. Czytelniku zatem, przez duże C pisany, wiem, iż pomimo że felietonu mego więcej już nie znajdziesz - nasz kontakt duchowy nie ustanie. I wy, czytelnicy, którzyście mnie z drugiej, prawej strony barykady gromili za zgniły liberalizm (jakiż by inny był na świecie?!), za rozwiązłość języka (zawsze wolałem język rozwiązany) i za brak szacunku dla skamieniałych w narodowe posągi - patetycznych truposzów - również odczujecie niewątpliwie a dotkliwie brak pochyłego drzewa - na drzewach pionowych bowiem można się najwyżej - powiesić. A wreszcie wy - wierna moja trzodo doświadczalnych morskich świnek. Ty, hetmanie Żółkiewski. Ty, dr Koccie, w uniwersyteckiej ciszy zadekowany, i Ty, Januszu Minkiewiczu w spirytusie zakonserwowany, nie miejcie żalu o to, że schodzi oto ze świata ten ostatni, który o Was jeszcze pamięta, o Was, zmurszałych posągach bezradności w czasach ostrych a wietrznych. Dygacie  Czerwony, Ildefonsie, któremu Długie Noże w głowie. Ważyku, którego głos już nie waży, mizantropie Andrzejewski, któryś do Szczecina drapnął. Dobrowolski St. Ryszardzie, któryżeś głowę tak dawno postradał i Wy inne gryzipióry - żegnajcie! Umieram na elephantiasis wątroby - takową prześlę Warn listownie. Możecie na razie jeszcze do mnie telefonować, na pytanie, czy jest  Kisiel,  odpowiedzą Warn  niechybnie: - Jeszcze  jest; wieczorem wyprowadzenie. (Zwłok, rzecz prosta - przyp. Red.).

A teraz do rzeczy (dotąd było od rzeczy). Do miasta mojego przybranego, Królewsko-Cesarskiego Krakowa, jedno tylko mam posłanie. Chodzi o to, aby kluby Ogniwo, Gwardia i Związkowiec nazwały się z powrotem Cracovią, Wisłą i Garbarnią. Wszak pozmieniane w pierwszym młodzieńczym szale ulice Warszawy już dzisiaj wróciły do normy: Wiejska jest nadal Wiejską, Złota - Złotą, Twarda - Twardą. Czyż Warszawa musi Was zawsze ubiec w nowoczesności, o krakowianie?! Czemuż to wyrzekać się splendoru tradycji wielkiej Cracovii czy Wisły?! Czyż to rozsądne i smaczne?! Oczywiście - nie. Warszawiacy już na to wpadli, czemuż wy nie możecie - o krakauery?! Sprawa nie jest błaha (- Nie ma spraw błahych - powiedział Ben Akiba).

I jeszcze rzecz druga. W "Gazecie Krakowskiej" (cóż pocznie to zacne pismo bez mojej reklamy) przeczytałem korespondencję z pewnej fabryki. Tajemniczy korespondent S. Szymański pisze tam:

"W naszej fabryce posiadamy świetlicę wyposażoną w scenę i ok. 400 miejsc siedzących która jest wciąż jeszcze nie należycie wykorzystana. Na pierwszy plan wybijają się u nas zabawy. Zachodzi tu pytanie, czy funduszów uzyskanych z zabaw nie można by zdobyć w inny sposób i czy ważniejsze są zabawy, czy też solidna praca kulturalna w świetlicy?"

Hejże, hej, Obywatelu Szymański! Pohamujcież się trochę! Więc biedna zabawa Was w oczy kole?! A może Wy jesteście ów z wiersza Konopnickiej "dziaduś stary, który w tańcu nie miał pary"?! Nie przesadzajmy, jak powiedział ogrodnik, wszak nadgorliwość jest śmiertelnym wrogiem gorliwości. Nie bądźcież nadgorliwi, o krakowiany! Pamiętajcie o mnie — gdy mnie już nie będzie.

Tak więc, te dwie rzeczy, to jest sprawę nazw klubów i sprawę ob. Dziadusia-Szymańskiego pozostawiam do załatwienia jako moje zlecenia pośmiertne. Uczcijcie zatem pamięć Opozycjonisty przez powstanie. A teraz kończę poważnie i godnie. Przestaję rzeczywiście pisać felietony i mogę tę radosną twórczość wznowić dopiero na specjalne życzenie partii politycznych, urzędów komunalnych i samorządowych, "Czytelnika", Samopomocy Chłopskiej i Klubu Logofagów, poparte petycją specjalną, zawierającą co najmniej 500.000 podpisów. Akcję tę da się rozpocząć dopiero po feriach, tymczasem więc nie przeszkadzajcie sobie w świątecznym prosięciu (!). Jedząc je, możecie wysłuchać mojego pośmiertnego okrzyku: Niech żyje liberalizm! Niech żyje ten, kto umarł! Wesołego Jajka!

P. S. — Całą prasę polską proszę o przedrukowanie powyższej nekrologu. Honoraria przyjmuję przez radio.

17 IV 1949, TP nr 213-214