Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O mojej trzeciej postawie

Felietony

O mojej trzeciej postawie

Data:
2010-12-01 09:26
(Wyznania intymne)
Można mówić „tak", można mówić „nie", można też mówić „lampa". W niniejszych felietonach na przestrzeni długich lat piętnastu realizowałem kolejno wszystkie trzy z tych możliwości, tylko w trochę innym porządku. Najpierw mówiłem „nie", potem mówiłem „tak", teraz mówię „lampa". Myślę, że nikt, kto się wnikliwie zagłębi w sprawy świata tego zawiłego, a także w sprawy naszego polskiego światka, za żadną z tych odpowiedzi nie rzuci na mnie kamieniem. Każda rzecz jest dobra, aby o swoim czasie i na swoim miejscu. Czego Warn i sobie życzę.

Otóż przez długie lata mówiłem na swój sposób „nie" i stwierdzić trzeba, że zrobiłem na tym pewną karierę wśród czytelników, zdobyłem określoną poczytność i popularność. Bowiem „nie" posiada u nas spore wzięcie: posiada i będzie posiadać zawsze. Ksawery Pruszyński powiedział kiedyś, że w Polsce opłaca się być Kassandrą, bo kassandryczne przepowiednie zawsze się tutaj tak czy owak sprawdzają. Tak samo zawsze będą w Polsce ludzie, którzy wolą „nie" od „tak". A że ludzie ludziom równi (już jako dziecko byłem zwolennikiem hasła Wielkiej Rewolucji: wolność, równość, braterstwo), a zatem śmiało można było wybrać sobie tych właśnie ludzi jako bazę czytelniczą.

Mówiłem więc „nie", ale po latach bardzo bytem już tym zmęczony, bo jestem z natury pozytywnym optymistą, spragnionym entuzjazmu i lubiącym zadowolenie z siebie i z innych, a także legalizm i uświęcony porządek prawny. Toteż odetchnąłem z ogromną ulgą, kiedy, dzięki zmianie okoliczności, mogłem wreszcie zacząć mówić - oczywiście również na swój sposób - „tak". Poszło mi to nawet wcale gładko, bo z jednej strony miałem wciąż za sobą ludzi, których zjednałem wieloletnim mówieniem „nie", z drugiej strony mile zaskoczyłem i ucieszyłem tych, przeciwko którym mówiłem owo „nie".

Na mówieniu „tak" również zrobiłem karierę, drugą karierę _ oczywiście zupełnie różną od poprzedniej. - O, bardzo różną - mówią niektórzy ze znaczącym przymrużeniem oka, czego zresztą nie mam im wcale za złe - ani sobie. „Już taki jestem zimny drań, i dobrze mi z tym, bez dwóch zdań", że zacytuję jednego z ulubionych herosów mojej młodości - Adolfa Dymszę. Poza tym zaś trzeba przecież przejść przez wszystko: nic co ludzkie, nie powinno nam być obce.

W myśl tej ostatniej maksymy przeszedłem niedawno na następny, trzeci etap: zacząłem mówić „lampa". Ani „nie", ani „tak", tylko „lampa". Dlaczego? Czy to jest wybieg, wykręt, unik? Nie. Myślę po prostu, że to następny etap wtajemniczenia, czyli stopień w górę ku tak pożądanej i utęsknionej - mądrości.

Czy zraziłem się do „tak"? - zapyta ktoś. Nie, po stokroć nie! Zraziłem się jedynie do swojego „tak": zwątpiłem, czy jest ono rzeczywiście komukolwiek i na cokolwiek potrzebne. Pamiętacie ową staropolską bajkę o komarze, który widząc, że konie nie mogą uciągnąć wozu, sfrunął z niego dla ulżenia ciężaru i rzekł do woźnicy: „Jedźże z Panem Bogiem". Nie chciałbym być w roli owego komara zupełnie nieświadomego swej komarowości (czy komarzości).

Nie ma jednak również powrotu do „nie". Do „nie" bowiem zraziłem się gruntownie i raz na zawsze. „Nie" na dłuższą metę zatruwa duszę, „nie" jako gest bezsilnej przekory jest upokarzające. „Nie" możliwe jest tylko jako dogmat, wtedy bowiem zastępuje „tak". Czytam sporo prasy emigracyjnej: oni właśnie mają „nie" jako dogmat, bo przecież bez dogmatu żyć nie sposób. Ale „nie" tutaj oznacza emigrację wewnętrzną. A ja kocham życie tego kraju w każdej jego fazie i postaci i nie chcę zeń emigrować, nawet wewnętrznie. Dlatego właśnie kategorycznie odrzuciłem pozorne a trujące uroki „nie".

Pozostaje więc — „lampa". „Lampa", powtarzam, nie jest unikiem. „Lampa" wypływa z uświadomienia sobie ogromu skomplikowania spraw dzisiejszego świata. Ktoś mi mówił, że w Chinach rodzi się rocznie tyle dzieci, ilu mieszkańców ma cała Polska. Pomyślcie: co rok nowa Polska. I cóż wobec tego wszystkiego znaczy cieniutki głos komara?!

Jak wiecie, nie wyznaję żadnej doczesnej teorii czy doktryny, uważającej, że znalazła rozwiązanie zagadki świata, że raz na zawsze określiła i uporządkowała naszą wiedzę o świecie. Dla mnie świat ciągle spowity jest mrokiem tajemnicy. A w mroku każdy człowiek potrzebuje światła, własnego światła, bo każdy idzie własną drogą. I to jest właśnie moja „lampa". „Lampa" to znaczy światło.

Jaka jest ta „lampa" ? Osobiście mam skłonność do konserwatyzmu i mimo postępów wynalazczości posługuję się szeroko niegdyś stosowaną „lampą" starego, uniwersalnego typu. Moja „lampa" to lampa wiary, nadziei i miłości. Mimo wszystko myślę, że nikt lepszej nie wynalazł.

Zabrzmiało to, powiecie, nieco po kaznodziejsku. Prawda — podobny ton nie przystoi na tym miejscu. Dla jednolitości stylu zakończę więc cytatem znowu z wielkiego Adolfa Dymszy:

„Żebyśmy tylko zdrowi byli" !

Chodzi, rzecz prosta, o zdrowie duchowe. Żebyśmy żyli bez lenistwa, gniewu i pychy. Czego i sobie na starość życzę.

10 VII 1960, TP nr 598