Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O leniwych muzykantach i...

Felietony

O leniwych muzykantach i pracowitych kontrolerach

Data:
2010-11-29 09:23
W warszawskim „Expresie Wieczornym" z dnia 10 lutego br. ukazała się notatka pod tytułem „Kary dla leniwych muzykantów w lokalach dansingowych". Tytuł notatki, jak widzimy, niezwykle uprzejmy i demokratyczny, a oto jej treść (przytaczam dosłownie):
„Inspektorzy PIH w Lublinie sprawdzili m. in. pracowitość orkiestr, przygrywających do tańca w miejscowych restauracjach i kawiarniach. Z zegarkiem w ręku stwierdzono, że muzycy nie przemęczają się tzw. produkcją artystyczną. Przerwy trwają znacznie dłużej, niż gra do tańca.

Kontrolę powtórzono i okazało się, że uwagi PIH pod adresem orkiestr poszły jednak na marne. Np. w restauracji <<Polonia>>, gdzie inspektor spędził 3 godziny ze stoperami w ręku, orkiestra grała w tym czasie ok. 90 minut. Podobnie było w innych lokalach. Państwowa Inspekcja Handlowa wystąpiła z wnioskiem, aby muzykom obniżyć tym razem miesięczną zapłatę o tyle procent, o ile grali za krótko".

Czytając tę notatkę podpisaną literami „jur", szczypałem się intensywnie w rękę, aby stwierdzić, że to nie sen, nie „prima aprilis", nie Tworki i nie film „Gangsterzy i filantropi", lecz poważne (?!) pismo warszawskie o półmilionowym nakładzie. Dziewięćdziesiąt minut, czyli półtorej godziny czystego grania na trzy godziny czasu to bardzo dużo — sam byłem muzykantem (według terminologii arystokratycznego autora notatki) lokalowym w czasie niemieckiej okupacji i wiem coś o tym. Autor notatki rozumuje jak ów właściciel kabaretu z przedwojennej anegdoty. Wpadłszy niespodziewanie na próbę orkiestry pan ów stwierdził, że nie wszyscy muzycy grają. - Dlaczego flecista nie gra ?! - krzyczy oburzony. - Bo ma dwanaście taktów pauzy - odpowiada dyrygent. A właściciel na to: - Ja za pauzy nie płacę. Obliczyć i potrącić z gaży!!

Tak czy owak, jednak kontrolerzy PIH-u (Państwowej Inspekcji Handlowej) wykazali tu, przyznajmy, dużą pomysłowość, aktywność i pracowitość. Spędzili w szeregu knajp po parę godzin, prawdopodobnie mieli również przy sobie alkoholomierze, jak to jest przedstawione w owym doskonałym filmie „Gangsterzy i filantropi". W ogóle kontrola w Polsce bardzo jest, jak widać, wnikliwa. A oto inny tego przykład.

W pewnej wojewódzkiej instytucji zepsuł się zamek od szafy, w której to szafie znajdowały się ważne, potrzebne do pracy dokumenty. Tak się złożyło, że w domu, w którym mieściła się instytucja, mieszkał znajomy ślusarz, który podjął się dokonania reperacji natychmiast za dwadzieścia złotych. Kierownik instytucji wiedział jednak, że pracy tej nie wolno mu powierzać owemu ślusarzowi, bo rzecz tę musi wykonać spółdzielnia - a gdyby organa kontrolne wykryły u niego kwit od indywidualnego (prywatnego) ślusarza, mogłaby z nim być (kierownikiem, nie ze ślusarzem) tak zwana popularnie „krewa".

Wobec czego kierownik odniósł się telefonicznie do usług spółdzielczości. W jednej ze spółdzielni usługowych telefon nie odpowiadał, w drugiej zakomunikowano, że drobnych napraw nie wykonują, w trzecim wreszcie miejscu odzew okazał się pozytywny. Oświadczono tam, że cena reperacji wraz z przejazdem pracownika w obie strony oraz kosztami manipulacyjno-biurowymi wyniesie prawdopodobnie siedemdziesiąt złotych i że następnego dnia około południa mogą przystąpić do zbadania uszkodzenia, a wykonanie reperacji gwarantują w ciągu trzech dni. Zmartwiały kierownik próbował ich pytać, czy nie wystawiliby zaświadczenia, że nie mogą się podjąć natychmiastowego dokonania naprawy (co może pozwoliłoby wezwać legalnie ślusarza), ale kategorycznie odmówili i odwiesili słuchawkę.

Cóż robi teraz nasz Kierownik? Dojrzało w nim heroiczne lecz i realistyczne zarazem postanowienie: należy wziąć owego indywidualnego (nie zbiorowego) ślusarza i zapłacić mu z własnej kieszeni, nie wystawiając pokwitowania. Ale sprawa ta również nie była łatwa: któryś z pracowników mógł przecież dojrzeć owego ślusarza w biurze i oskarżyć szefa o niedozwolone machinacje. Trzeba było działać ostrożnie i przemyślnie. Kierownik do końca dnia obywał się więc bez dokumentów zawartych w szafie, ukrywając ich nieobecność przed pracownikami, a w razie czego zasłaniając zepsuty zamek samym sobą - stał w tym celu oparty plecami o szafę i rozmawiał dobrodusznie paląc papierosika. Gdy natomiast ostatni pracownik opuścił biuro, zapobiegliwy szef rzucił się do dzieła i jął się zwijać jak piskorz, zapuścił storę, wyłączył telefon, tylnym wejściem wprowadził ślusarza, w czasie jego pracy czuwał przy drzwiach, po czym zapłacił własne dwadzieścia złotych i odetchnął: sprawa została załatwiona, honor uratowany i wszystko pozostało w tajemnicy. Tajemnicę tę zwierzył dotąd tylko mnie, a ja nosiłem ja w sobie półtora roku. Ha!

Wszystko to napisałem, rzecz prosta, ad maiorem controlas gloriom. Wnikliwość i drobiazgowość działania jest bowiem niezbędną gwarancją kontrolnego sukcesu. Oczywiście, czasem może się zdarzyć, że pilne badanie przez mikroskop czyni wzrok przez chwilę tak wyspecjalizowanym, że umykają przed nim kontury przedmiotów większych. W zamieszczonym w „Życiu Literackim" reportażu Barbary Seidler „Czy nikt o tym nie wiedział?" („Notatki z procesu mięsnego") czytam, że główny oskarżony „zagarnął na szkodę przedsiębiorstwa kwotę 3 500 000 zł, stanowiącą nadwyżki towarowe i pieniężne powstałe w sklepach detalicznych". Następni dwaj oskarżeni zadowolili się kwotami 2 300 000 zł i 1 500 000 zł. Autorka twierdzi, iż „obecny proces mięsny i doświadczenia śledztwa, prowadzonego w tej sprawie wykazały, że łapówkowy system ułatwiający systematyczne zagarnianie społecznego mienia w handlu mięsem obowiązywał od lat kilkunastu".

Ktoś nie przygotowany do zgłębiania spraw społecznych zapyta naiwnie, co robili przez te lata kontrolerzy PIH-u? A co robił w tym czasie znamienity a dystyngowany dziennikarz „Expressu", podpisujący się „jur". Zdradzę Warn tajemnicę: był pastuszkiem koni rzeźnych, którym przygrywał na fujarce w terenie między Mordami a Łosicami. Z zawodu tego przeszedł do dziennikarki, podobnie jak ja z muzykanctwa. Ha!

Sędziwy Jan Szeląg, który tyle już razy doprowadził mnie do zgrzytania zębów ubolewa w „Kulturze" (warszawskiej), że prasa nasza podaje niedokładne wiadomości. Tak na przykład „Express Wieczorny" napisał, że lawetę armatnią, na której spoczęły zwłoki Winstona Churchilla ciągnęła szóstka koni, a „Trybuna Ludu", że lawetę ową ciągnął „czworobok marynarzy". O mój Szelągu (rozwijaj się), czy naprawdę nie masz żadnych innych pretensji do naszej prasy ? Toś Ty szczęśliwy, mój dobry Szelągu. Ha?!

„Otruł gościa kotletem, nazwał to kabaretem,

A cierpliwa publika łyka i łyka".

(Boy)

28 II 1965, TP nr 840