Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Każdemu to na czym mu mniej zależy

Felietony

Każdemu to na czym mu mniej zależy

Data:
2010-11-26 09:23
Tytuł tego felietonu zapożyczyłem od Adolfa Rudnickiego, jest w nim (tytule) głęboka mądrość, którą sprawdzam ciągle na własnej skórze. Otrzymuję bowiem stale to właśnie, na czym mi mniej zależy, a tego, na czym mi zależy - ani śladu.
I nie tylko ja jeden: całe moje zwariowane otoczenie, różni niewydarzeni felietoniści, pseudo dziennikarze, byli publicyści, niedoszli pisarze, projektowani politycy, zbakierowani działacze, prywatni prelegenci - wszystko to łazi jak skołowane, otrzymują bowiem to właśnie, na czym im mniej zależy, tego zaś, na czym im zależy - ani śladu. I zrób mu dziecko - jak mawiali starzy Chińczycy (ciekawe, czy też „Tygodnikowa" cenzura ten chiński zwrot przepuści, jeśli nie, to niech będzie: - I wbij zęby w ścianę!).

Wśród tych wszystkich ludzi, otrzymujących to, na czym im mniej zależy, niżej podpisany nie stanowi wyjątku (choć mógłby, bo, jak wiemy, wyjątek potwierdza regułę). Ja również łażę skołowany i zaklęty w capa względnie w konia, ogromnie się dziwiąc życiu, jakie prowadzę. Nie znoszę na przykład gadania o niczym, a ciągle w takim gadaniu biorę udział. Nienawidzę pisania dyrdymałek, a wciąż je właśnie piszę (i „Tygodnik" płaci - he, he). Mam wstręt do pracy mało intensywnej, a sam ruszam się przez cały dzień jak owa mucha w smole. Wciągnąłem się do markieranctwa, do jałowego wyczekiwania, do tumiwisizmu, drętwej mowy, mowy trawy, ciągłych żarcików, austriackiego gadania i te pe i te de. Spospoliciał człowiek, dał się wziąć modnym chorobom, jak niemożność, bezradność, frustracja (- Cóżeście kumie taki markotny, krowa wam padła czy co ?! - Nie, wicie, ino ta frustracyja cięgiem człowieka gryzie, a gryzie !). O, cholera !
W czasie zjazdu literatów w Koszalinie miała miejsce zabawna rozmówka. Jechaliśmy autokarem na spotkania autorskie po wsiach. Ktoś pyta, czy spotkania odbędą się o godzinie osiemnastej, na co kierownik wyprawy powiada, że nie, bo teraz są ważne polne roboty i ludzie pracują aż do całkowitego zapadnięcia zmroku, do wpół do dziewiątej. W odpowiedzi jeden z kolegów zwraca uwagę, że ma wyraźnie wypisane zaproszenie na godzinę siedemnastą. A kierownik na to: - Pan co innego, pan ma spotkanie w PGR-ze, a tam jest ośmiogodzinny dzień pracy!

Otóż to: czuję się właśnie jak ów pegeerowy pracownik - chciałbym pracować szesnaście godzin na dobę, a pracuję osiem, i to osiem nędzne, bo podziurawione jak ser, przeżarte gadaniem o niczym i ową „frustracyja", której nie znoszę. Wprawdzie przyjaciele (niewielu ich już po prawdzie zostało) pocieszają mnie piękną ewangeliczną przypowieścią o robotnikach w winnicy, głoszą, że ci, co przyszli do pracy później, dostali tę samą zapłatę. Tylko, że ja nie chcę tej samej zapłaty i w ogóle nie chodzi mi o zapłatę, tylko o pracę. Ja chcę pracy, dużo pracy, intensywnej pracy, tymczasem mam jej za mało a życie ucieka. O, diabli!
Słyszałem taką anegdotkę: gość mówi do drugiego: — Ty, Felek, znajdź mi jakąś pracę, ty masz stosunki. - Jaką pracę?! - odpowiada Felek. - Nie mam żadnej pracy, co najwyżej bardzo ciężką, na przykład łupanie kamieni. Weźmiesz? A tamten na to: - Łupanie kamieni? Czemu nie, wezmę. Daj ludzi a wezmę!

Otóż ja wcale nie tak! Ja nie potrzebuję ludzi, ja sam osobiście będę łupał kamienie. Tylko pozwólcie mi na to, dajcie mi te kamienie! Błagam o owe kamienie od rana do nocy, proszę się, przymilam, skomlę, wygrażam, ale nic z tego. Zamiast kamieni mam spokojne, łagodne życie, którego wcale nie chcę. Każdemu to, na czym mu mniej zależy. O, cholera!
Zastęp ludzi, którzy chcieliby łupać kamienie, a zamiast tego skazani są na chodzenie z pieskiem na spacer, rośnie a rośnie, łażą źli, sfrustrowani, nieprzydatni, zabijają czas byle czym („żyjemy sobie jak się zdarzy, zrywamy kartki z kalendarzy..."). Co z nimi będzie? Pewno nic, wymrą powoli. Kamienie w Polsce już na ogół połupano, zresztą nie było ich zbyt wiele, kraj, wiadomo, nie jest za duży, a ludzi zdolnych do roboty do cholery w nim i trochę. Łazimy więc, póki życia, z pieskami na spacer, spotykamy się w Alejach, popsioczymy odrobinę (co innego robić, jak się prowadzi psa?), wracamy do domu pospać, potem telefonik jeden, drugi, trzeci, jeszcze drzemka, skrobnąć list i felietonik o niczym, poczytać „Le Monde" i już wieczór.

Jeszcze jeden mały spacerek dla zdrowia, potem spać, a rano, wiadomo: znów przechadzka z pieskiem, żeby nie nabrudził w mieszkaniu, „Trybunka Ludu", „Mondzik", kawka i te pe i te de. Taki to los nas, niepotrzebnych Okularników. Hej, łzy się kręcą! Każdemu to, na czym mu mniej zależy!

1967