Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Moja rada dla Warszawy

Felietony

Moja rada dla Warszawy

Data:
2010-11-24 09:24
Sam już nie wiem: radzić czy tylko krytykować, skoro rad nie słuchają ? A może w ogóle dać sobie spokój, pogniewać się lub przejść całkiem na tematy muzyczne? Jednakże zastarzały nałóg każe kibicować dalej i zadowalać się stanowiskiem proroka bez etatu, wołającego na pustyni i puszczy (patrz Sienkiewicz na nas z nieba !).
Cóż z tego jednak, że proroctwa się sprawdzają, gdy post factum o proroku nikt nie pamięta a ewentualne laury zbiera kto inny - tak było na przykład niegdyś z kulturą masową, buchniętą mi przez hetmana Żółkiewskiego. Nie masz pierwszeństwa i sprawiedliwości na tym świecie!

- Przestań już dawać rady, o które cię nikt nie prosił - rzekł do mnie niedawno pewien przyjaciel. Skoro ludzie nie chcą cię słuchać, to najwidoczniej jesteś nie na swoim miejscu. Zostaw więc świat jego własnym losom, przyjmij zasadę Kochanowskiego: „Niech inni za łby chodzą, a ja się dziwuję". Nie dyskutuj, nie podskakuj, siedź na ... i potakuj. Zrozumiano?

Hm, tak. Łatwo powiedzieć: siedź! Ale co zrobić, gdy człek ma robaki w... mózgu. Łażą one, mrowią się („...tak się zorają, jak czarne mrowie, zeżrą wnętrzności, zgniły mózg w głowie...", Tuwim) i zmuszają do myślenia. A myślami chce się człek podzielić z bliźnimi. W ten sposób powstają owe dobre rady Cioci Kloci, których nikt nie chce słuchać. Ale radca radzi dalej - z nałogu. I tak się rodzą felietony, jak choćby niniejszy, w którym, niepoprawny, znowu chcę dać dobrą radę, tym razem mojemu rodzinnemu miastu - Warszawie.

O co właściwie chodzi ? - jak mówił minister Beck (a Szeląg milczy, a Załuski milczy, a Grzybowski milczy — ha, ha, ha !). Chodzi o to, że Warszawa przeżywa paradoksalną chorobę wzrostu: z jednej strony brak w niej siły roboczej, co odbija się na wlokących się latami budowach, na usługach, na wszystkim, z drugiej strony zakaz meldowania petryfikuje ten stan rzeczy, a przyrost naturalny jest za mały, aby pomóc. Zakaz meldowania wyrósł z braku mieszkań, bo każdemu meldującemu się trzeba będzie w końcu przydzielić dach nad głową, ale znowu dzięki temu zakazowi nowe mieszkania przybywają powoli, bo rąk do pracy brak. Miasto jest przy tym usługową pustynią (pomyśleć, że o tyle mniejszy Belgrad ma 600 publicznych restauracji!), ale znów nie ma na to rady, bo ludzi do tej pracy też nie widać. Robi się niby deglomerację, czyli wypraszanie przedsiębiorstw poza miasto, ale rzecz idzie niesporo, jak każda akcja usiłująca zahamować żywiołowy rozwój (tak było z motoryzacją). Słowem, labirynt, kołowrotek bez wyjścia, impas.

Wracając jeszcze do usług, to na ostatnim plenum Stronnictwa Demokratycznego rewelacyjne cyfry podał w tej materii minister Włodzimierz Lechowicz. Otóż światowa przeciętna ludzi zatrudnionych w usługach wynosi 27 na 100 - w Polsce przeciętna jest niższa od światowej, wynosi mianowicie 25 na 100, natomiast w Stanach Zjednoczonych sięga ona cyfry - 60! Znaczy to, że w jednym z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata 60 procent wszystkich zatrudnionych pracuje nie w przemyśle, lecz w usługach!

Oczywiście, rzecz wcale nie jest paradoksem, nie co innego bowiem tylko poziom usług decyduje w istocie o stopie życiowej. Cóż z tego nawet, że ktoś nieźle zarabia, ma lodówkę i telewizor, gdy kupienie lub naprawienie czegokolwiek, pojechanie gdzieś, dostanie się do restauracji czy kawiarni, zatelefonowanie, wpłacenie pieniędzy, itd. pochłania olbrzymie ilości czasu i energii. Tyle że u nas nie nauczono się jeszcze przeliczać tego czasu i energii na pieniądze.

A w Warszawie? Hej, hej! Pewnej słonecznej, październikowej niedzieli wziąłem rower (mój Volkswagen!) i objechałem stolicę naokoło. Widziałem cuda, że aż ha l (wszelako w tym mieście dziwne jest materii pomieszanie). Widziałem przepiękne, kolorowe szklane bloki, jakby przeniesione żywcem z włoskiego filmu, sterczące dumnie na ugorzystej pustaci o dobre parę kilometrów od najbliższego sklepu spożywczego, a dobre dziesięć od najbliższej restauracji. Widziałem miasto jakby umyślnie odsuwające się od rzeki w suche, jałowe równiny — pisał o tym w „Tygodniku" p. Kulicki. Widziałem targowiska pierwszej potrzeby wyrzucone hen za miasto — żeby widocznie trudniej było zgadnąć i znaleźć. Widziałem dziwy komunikacyjne, o których się filozofom nie śniło. Słowem, panuje tu wszechwładnie NIEMATERIALIZM, zdumiewający niematerializm. Rządzi duch - w żadnym razie nie brzuch!

Ale jam materialista i chciałbym wrócić do materii i materialnego porządku. Mam na to swoją receptę, mam radę dla Warszawy - ale nie będę egoistą i udzielę jej urbi et orbi, a zwłaszcza tym, od których rzecz zależy. Słuchajcie, słuchajcie, zapiszcie, przemyślcie i chociaż, chociaż podyskutujemy (o marzenie ściętej głowy, mojej nieszczęsnej!). Proponuję więc Warszawie: 1) Znieść zakaz meldowania, otworzyć miasto, niech przyjeżdża kto chce (wyjadą za to ci, którzy teraz odrzucają oferty pracy poza stolicą, bojąc się utracić zameldowanie); 2) W zamian za to znieść reglamentację powierzchni mieszkalnej, przydzielać mieszkania bez względu na rozmiar, ustalając tylko odpowiednie komorne; 3) Pozostawić wolną rękę dla wszelkiego rodzaju podnajmować sublokatorskich, nie ingerując w żadne wysokości opłat czy ilość osób zameldowanych; 4) Znieść limity zatrudnienia w przedsiębiorstwach handlowych, rzemieślniczych, wszelakich usługowych i, oczywiście, w gastronomii; 5) Udzielać bez ograniczeń koncesji na przedsiębiorstwa agencyjne i prywatne, starając się wyzyskać wszelkie nadające się po temu lokale; 6) Zaniechać jakiejkolwiek deglomeracji a za to, w miarę możności, zatrudniać przede wszystkim ludzi zamieszkałych w mieście, redukując dojeżdżających.

A więc wszystkiego sześć punkcików, niezły projekcik, co ? Taki warszawski „Nep". Za skutek ręczę: zobaczycie, jak się Warszawa ożywi i uleczy, jak świeża, pulsująca krew da sobie radę ze starymi, beznadziejnymi zrostami i skrzepami. Życie ma swoje sposoby, nie trzeba się go bać, trzeba mu zaufać, strumień życia wszystko wyrówna i wyreguluje. A więc?

Proponuję, perswaduję, wnoszę, przedstawiam, suplikuję, suponuję, winszuję. Zatem - do usłyszenia ! (Hę, hę !)

1964