Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Przekonali mnie

Felietony

Przekonali mnie

Data:
2010-11-17 09:47
Czytelnicy rubryki "Pod włos" zauważyli zapewne, że felietony moje od pewnego czasu stały się gładkie i słodkie, pozbawione wszelkiej domieszki żółci — po prostu "z włosem". Wiosna — pomyślał sobie zapewne niejeden. Tymczasem nie w tym rzecz. Po prostu — zagrożony wścieklizną, rozlaniem żółci, zapaleniem śledziony, rakiem wątroby i pomieszaniem zmysłów — przestałem czytać.
Skutek był zbawienny. Początkowo co prawda czułem się źle, później jednak stopniowo zacząłem się odzwyczajać, aż odzwyczaiłem się niemal zupełnie. Chodziłem sobie teraz spokojnie po plantach, przyglądałem się kwiatkom, ptaszkom, motylom, przysłuchiwałem się, jak trawa rośnie i co w niej piszczy, słowem — "idylla maleńka taka". Aż tu pewnego dnia - ktoś zostawił na ławce "Dziennik Ludowy", otwarty akurat na odezwie pt. "List otwarty S. L. do chłopów z P. S. L.", wystosowany z racji zbliżającego się Święta Ludowego. Zanim zdołałem się powstrzymać, oczy moje padły na następujące słowa:

"...P. S. L. odosobnione, którego jedynym sojusznikiem będą kupcy bogaci, wywłaszczeni obszarnicy, hałaśliwi panicze nie wygnani jeszcze z uniwersytetów, no i leśne zbóje, co chcą zadefilować z Wami pod wspólnym sztandarem. Czy możecie się jeszcze wahać z kim, w czyim towarzystwie pójdziecie w pochodzie? Czy z obozem jedności, czy też z obozem rozłamu?".

Stało się! Cała kuracja na nic! Poczułem od razu ostry skurcz w wątrobie, twarz zalała mi żółtaczka, w gardle stanął jakby sztywny kołek, z piersi dobyło się rzężenie. Przeskoczyłem przez ławkę, przebiegłem na rękach aleję, wywracając jakieś dziecko, po czym rzuciłem się na dorożkarskiego konia, całując go namiętnie w chrapy i od czasu do czasu kąsając do krwi. Dorożkaż chciał mnie trzepnąć batem, lecz wymknąłem mu się i popędziłem środkiem ulicy, wydając różne okrzyki w rodzaju: Niech żyje zielona kura! Precz z pożeraczami drzewa mahoniowego! itp. Dopiero na rogu Krupniczej zatrzymało mnie przemocą kilku kolegów. Znając już moje dawniejsze ataki i wiedząc, jak się w takim wypadku zachować, wciągnęli mnie do sąsiedniego baru, gdzie przy pomocy kelnerów rozsunęli mi nożem zęby i wlali siłą trzy setki wódki oraz duże piwo. To podziałało. Oprzytomniałem — ale byłem żółty jak cytryna i w wątrobie kłuło mnie piekielnie. Całą noc męczyły mnie boleści, zgaga i dreszcze, a gdy zamknąłem oczy, pod powiekami tańczyły zielone diabełki. Rano dopiero, zebrawszy myśli, zrozumiałem, jakie jest dla mnie jedyne wyjście, aby przezwyciężyć szok: po prostu muszę zapisać się do PSL-u. Dotąd nie zrobiłem tego, bo wstrzymywały mnie skrupuły, że nie jestem chłopem. Z tych samych względów nie zapisywałem się do PPR-u, ani do PPS-u (nie jestem robotnikiem), ani do SD czy SP (nie jestem inteligentem pracującym bo, z natury będąc bardzo leniwy — nie pracuję). Lecz obecnie przejrzałem: powinienem być w PSL. Bo zważcie tylko, jakie, według wiarogodnych informacyj Dziennika Ludowego, zbiera się w tej partii towarzystwo: bogaci kupcy (bardzo lubię!), paniczykowie jeszcze nie wyrzuceni z uniwersytetów, obszarnicy, zbóje z lasu — wszystko to przetykane gdzieniegdzie chłopami. Istna diabelska sałatka. Przypomina się wiersz Gałczyńskiego: "Idą piekarze, idą ślusarze, takoż blaszanych szyldów malarze, krawcy i szewcy, zduny, poeci, archaniołowie, koty i dzieci". A więc gdzież może być miejsce takiego nie pracującego, wykolejonego, bezklasowego, zrozpaczonego (tak twierdzi pewien mędrek-Sieradzki) inteligenta, jak ja?! Oczywiście tam! Argumentacja Dziennika Ludowego — powtórzona zresztą skwapliwie przez "Dziennik Polski" i inne organy okazała się nieodparta. Kończę więc, parafrazując nieco wierszyk Tuwima:

"Krzyknął Kisiel: żono, dzieci!!
Przekonali mnie faceci!
Idę robić to co trza
Eja, eja, alala!"

9 VI 1946, TP nr 64