Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Klub Czynnego Nonsensu (felieton...

Felietony

Klub Czynnego Nonsensu (felieton poważny)

Data:
2010-11-15 09:23
Proszę nie sądzić, że to chodzi o czysty nonsens, a tylko do tytułu wkradł się błąd. Nie. Czysty nonsens, owszem, ale tu chodzi o nonsens heroiczny, zadokumentowany czynem i poświęceniem. Na przykład:
Jadę autobusem z Krakowa na trzydniowy pobyt do Zakopanego. Wjeżdżamy właśnie na szczyt Obidowej, gdy zwracam się do konduktora z prośbą, aby zatrzymał wóz. Konduktor zaskoczony trochę tłumaczy mi, że tutaj nie ma przystanku i w ogóle nic nie ma, lecz skłoniony moją stanowczością każe w końcu szoferowi stanąć. Ku zdumieniu pasażerów i załogi wysiadam na szosę z dwiema walizkami i daję znak szoferowi, aby jechał dalej. Autobus znika mi z oczu i oto zostaję na szczycie Obidowej z dwiema ciężkimi walizkami, z których jedna ciągle się otwiera, a druga nie ma ucha. Do Zakopanego jest stąd około pięćdziesięciu kilometrów. Przebywam je pieszo wraz z walizkami w ciągu dni trzech, nocując w bardzo zimnym lesie i nie dojadając. Do Zakopanego docieram mocno zmęczony i od razu najbliższym autobusem wracam do Krakowa, bo mój trzydniowy urlop już się skończył.

Przykład drugi. Mam w domu wydany niedawno a nudny jak flaki w oleju podręcznik higieny. W niedzielę udaję się do księgarni, która oczywiście jest zamknięta. Po długich telefonicznych staraniach udaje mi się zdobyć adres jednego z pracowników. Mieszka poza Krakowem - udaję się doń natychmiast. Zastaję go przy rodzinnym obiedzie i proszę o chwilę rozmowy na osobności w bardzo ważnej sprawie. Jest zdziwiony i trochę przestraszony, ale zgadza się. Przedstawiam mu się, fakt, że jestem z „Tygodnika Powszechnego", robi na nim odpowiednie wrażenie, uprzejmie pyta, czym mi może służyć. Mówię mu, że koniecznie i to natychmiast jest mi potrzebny podręcznik higieny. Dziwi się i prosi, żebym przyszedł do księgarni w poniedziałek. Odpowiadam mu z naciskiem, że podręcznik potrzebny mi jest natychmiast. Robi się trochę mniej uprzejmy i oświadcza mi, że dziś to jest niemożliwe, bo księgarnia zamknięta. Wobec tego powiadamiam go, że jeśli zaraz nie pojedzie ze mną, aby otworzyć księgarnię i sprzedać mi tę książkę, odbiorę sobie życie przez powieszenie się na jego własnych schodach. Jest zdumiony i przerażony, pyta, dlaczego mi tak zależy na tej książce. Odpowiadam, że nie mogę mu tego dokładnie wyjaśnić, ale że od tego zależy życie ludzkie. Jest zupełnie ogłupiały i w rezultacie zgadza się pojechać ze mną do księgarni. Najpierw idziemy jednak do jego kolegi, który ma u siebie klucze. Kolegi nie zastajemy, bo poszedł na mecz, ale żona jego zgadza się, abyśmy przeszukali mieszkanie. Po pół¬godzinnych poszukiwaniach, podczas których mój towarzysz wykazuje wzrastający z każdą chwilą zapał, znajdujemy wreszcie klucze i jedziemy do księgarni. Z początku wydaje się, że książka jest wyczerpana i że nie ma już ani jednego egzemplarza, po długich poszukiwaniach odkrywamy pod ladą jeden wybrakowany. Towarzysz mój, coraz bardziej przejęty całą sprawą, gorąco mnie przeprasza za stan tego egzemplarza. Odpowiadam, że to nic nie szkodzi, ściskam mu gorąco rękę i wracam nareszcie do domu. Kładę wybrakowany egzemplarz obok mojego i siadam w fotelu z miłym poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Trzeci przykład. Jadę daleko w ważnej, terminowej sprawie, mam gdzieś wygłosić odczyt. W małym, nie znanym mi miasteczku trzeba się przesiąść na pospieszny; na razie go nie ma, muszę czekać blisko godzinę. Wobec tego idę na spacer - za miastem płynie błotnista rzeczka. Schodzę ku niej po stromym, gliniastym brzegu. Stojąc nad samą wodą, rzucam do niej kolejno: bilet kolejowy, legitymacje, pieniądze oraz manu¬skrypt z tekstem odczytu. Wspinam się z powrotem na górę, ześlizgując się kilkakrotnie po gliniastym zboczu i padając na brzuch, a jeden raz na twarz, i wracam na dworzec. Udaje mi się bez biletu wkraść na peron i wsiąść do pociągu. Resztę drogi odbywam w ustępie, aby nie wpaść w ręce konduktora. Po przyjeździe do celu podróży muszę długo iść wzdłuż torów, aby wreszcie przez starą rampę wydostać się na ulicę. Jest już noc. Teraz otwiera się ciekawy problem: co dalej robić?

Zapytacie mnie, czy rzeczywiście zrobiłem te wszystkie rzeczy. Muszę się przyznać, że jeszcze ich nie zrobiłem, na razie tylko je obmyśliłem. Mam jednak niezłomne przekonanie, że zrobić je trzeba, a jeśli wstrzymuję się jeszcze od tego, to jedynie dlatego, że nie pochwalam improwizowanego działania jednostkowego, opowiadając się za akcją wspólną i przemyślaną. W tym to właśnie celu założyć należy Klub Czynnego Nonsensu, do czego czytelników moich usilnie zachęcam. Członkowie Klubu dokonywać winni przynajmniej raz w miesiącu czynów w rodzaju powyżej przeze mnie opisanych, czynów niewątpliwie heroicznych, wymagających dużego samozaparcia i przywiązania do sprawy.

Nie przewiduję w zasadzie takiego pytania, ale być może, że komuś nasuną się jakieś wątpliwości i spyta, dlaczego właściwie należy spełniać tego rodzaju czyny? Odpowiem, że nie mogę mu tego dokładnie wyjaśnić, ale że w sprawę tę zamieszane jest życie ludzkie. Można też przytoczyć argumenty ogólniejszej natury, filozoficzne. Jeśli takie myśli są na świecie, jeśli uporczywie przychodzą mi do głowy, jeśli, co stwierdziła sekcja mózgu, nie jestem wariatem, to wszystko to dzieje się nie bez kozery. Myśl nie może brać się znikąd, myśl ma swoje podstawy, mysi rodzi się z faktów i wpływa na fakty. Pomyślane jest już właściwie zrobione, a realizacja to prosta formalność. Myśl liczy się za czyn, tak jak w cukierni „ciastko dotknięte liczy się za naplute".

6 V 1951, TP nr 320