Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Łysiejące refleksje (felieton...

Felietony

Łysiejące refleksje (felieton optymistyczny)

Data:
2010-11-08 08:41
„Proszę na ziemię! – A ty w ziemię!” („Potop”)
Stwierdziłem niedawno, że łysina mi rośnie: przedtem była okrągła, teraz robi się owalna – jajowata. (Mówię oczywiście o łysinie na czubku głowy, nie poruszając sprawy wyniosłego, filozoficznego czoła.) Stwierdzić tę rzecz nie było łatwo, oczy bowiem, jak wiadomo, znajdują się w miejscu bardzo nie sprzyjającym oglądaniu czubka głowy: zupełnie co innego gdyby leżały one choćby na czubkach palców. Mimo wszystko jakoś sobie poradziłem: posłużyłem się kombinacją luster, umieszczoną w jednej z bram przy ulicy Sławkowskiej. Przy odrobinie dobrej woli i zręczności można tam zobaczyć swoje plecy, a także tył głowy. Skręciłem sobie wprawdzie trochę szyję i zdenerwowałem pewnego psa, który powziął podejrzenie, jakobym naśladował psi obyczaj szybkiego obracania się za własnym ogonem, w rezultacie jednak cel swój osiągnąłem i stwierdziłem, że na szczycie głowy znajduje się różowawa przestrzeń wielkości indyczego jaja, rzuconego na płaszczyznę poziomą. Tak więc – lata płyną i oto człowiek niepostrzeżenie zamienił się w łysonia. Wprawdzie starożytni filozofowie mieli wątpliwości co do kwestii, w którym momencie zaczyna się łysina, ale tutaj wydaje się, rzecz jest pewna: już się zaczęła, ale jeszcze nie skończyła. Tak!

Naoczne stwierdzenie tego faktu przy ulicy Sławkowskiej (bardzo polecam ową bramę, znajduje się ona po stronie parzystej, niedaleko niej pasie się żółty pies średniej wielkości – uwaga, agresywnie gryzie w nogawki) wzbudziło we mnie wiązkę pełnych goryczy refleksji. Rzecz w tym, że należę do pechowego przez historię „wykiwanego" pokolenia. W dniu 1 września 1939 roku miało się opinię młodego, obiecującego człowieka, który wprawdzie nic jeszcze nie zrobił, ale na pewno zrobi – na razie musiał się przecież przygotować, przetrzeć sobie skrzydełka. W dniu 8 maja 1945 roku natomiast okazało się, że jest się starszawym, łysiejącym facetem, który ma życie poza sobą i karmi się już wyłącznie wspomnieniami. Pięknie, cacy, ale gdzież samo życie?! Jest początek i koniec, ale zdecydowanie brak środka – tak jakby głowa biegała bezpośrednio na nogach. Głowa to rzecz przyjemna, nogi również, ale środek, środek do licha! Panowie, zdrada – wykiwali nas – historia zagrała nam na nosie!

Sytuacja ta powoduje rozmaite trudności z młodzieżą. Młodzi mówią: - o, wyście za dużo w życiu widzieli i przeżyli, swoje już macie, pora na emeryturę. – Tymczasem myśmy nic jeszcze nie zdążyli zobaczyć ani przeżyć: facet przegryzł śledzia przed obiadem, a tu już wmuszają weń kompot, kawkę i cygarko. Facet broni się, wierzga, a oni z wielkim szacunkiem do niego: jużeś się bratku najadł, już tyleś się nauczył, tyle umiesz – dosyć z tobą. – Ja nic nie umiem!! – ryczy gość. – Ale my jeszcze mniej umiemy – oni na to – nastąp się brachu. – I pakują żywotnego łysonia do szacownego archiwum, do muzeum starożytności, jako mumię. Za oknem cudna pogoda, słońce, życie – a ty kiśniesz w wilgotnym mroku tego szacownego miejsca, a w pysku ci gorzko – jak po oleju.

W Polsce zawsze między pokoleniami szerzyły się wyrwy i przegrody, ale takiej dziury jak obecnie to chyba jeszcze nie było. Stwierdzam to empirycznie, czytując w „Nowej Kulturze" Małe Kroniki Tadeuszu Borowskiego. Borowski to młode pokolenie: studiując jego kroniki zaczynam wierzyć, że naprawdę jestem starym mędrcem. Dotąd sądziłem, że nic nie umiem i nic nie widziałem – teraz widzę, że „nic” to pojęcie szerokie i bardzo rozciągliwe. Tamten dopiero nic nie wie – że aż ha! W jednej z ostatnich swych Kronik ogłasza nasz Kronikarz światu rewelacyjny pomysł: wprowadza oto rubrykę „Notatki gaffologa”, notującą i komentującą błędy stylistyczne i logiczne różnych gryzipiórów. Rewelacja – co? – aż się nieboszczki „Wiadomości Literackie” i Kadenowski dodatek literacki do „Gazety Polskiej” wraz ze swymi powojennymi potomkami w rodzaju „Camery obscury” z „Odrodzenia” czy ostatniej strony „Przekroju” w grobie przewracają. Stara to, konwencjonalna, „mieszczańska” rąbanka literacka, ale nasz Mały Kronikarz jest zachwycony, bo odkrył Amerykę: on stwarza nową „instytucję”, jak pisze. Mole ją już, tę „instytucję”, panie Kronikarzu, objadły ze szczętem. Samym rozpędem nie pojedziesz, musisz naprawdę coś wymyślić, połamać trochę mózg, przypominam Ci, że

Świat nie jest piłką fotbalową
Świat się podbija głową, głową, głową!

Tylko że – cóż robić z głową – na nogach. Niegdyś entuzjazmowałem się malarstwem Cezanne’a i muzyką Strawińskiego – dziś z naszym Małym Kronikarzem moglibyśmy na ten temat pogwizdać, kiwając często gęsto palcem w bucie. Hej, łzy się kręcą…

Polały się łzy me czyste, rzęsiste…
Na moją młodość górną i durną…

powtarzam za wieszczem. Oj durnaż ona była, ta młodość – to prawda. A po niej przyszła od razu łysina i emerytura. Młodzi publicyści bardzo nas, jak wiadomo… szanują, my odpłacamy im pięknym za nadobne, również ich bardzo… szanując. Ale rzecz w tym, że szacunek, to mało i w ogóle całkiem nie to. Kocha, lubi, szanuje – wyraźnie schodzimy w dół – wątpić należy, czy ktoś pożywił się ludzkim… szacunkiem. Zresztą – łysina nie zawsze musi budzić szacunek – różne są łysiny, a obleśnych, do strusiego, puchem porośniętego jaja zbliżonych starców nie brakuje. Nie miejmy więc do nikogo pretensji, niczego nie wymagajmy i cieszmy się życiem. A że nas historia w swoim czasie wykiwała? Toż ona od tego jest!

18 II 1951, TP nr 309