Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Tajemnice Warszawy (Felieton...

Felietony

Tajemnice Warszawy (Felieton trochę bez sensu)

Data:
2010-11-03 13:56
Byłem dwa tygodnie w Warszawie. Co za przedziwna rzecz: ja, który sześćdziesiąt siedem lat bez przerwy mieszkałem w tym mieście, tam się urodziłem i tam zamierzałem umrzeć (umrzeć — oto jedyny ludzki zamiar, który na pewno się spełni !), dziś chwalę się i cieszę, że byłem w Warszawie aż... dwa tygodnie.
Perfidna ironia losu! W tej chwili należę do „warszawskich krakowiaków" (coś w rodzaju „chłopów z Marszałkowskiej" — oto osobliwe wytwory czasów powojennych) - a jednak najintensywniejsze momenty życia spędzam nadal w Warszawie. I przez ostatnie dwa tygodnie przeżyłem tam wiele przygód. W pierwszym rzędzie - politycznych, Warszawa bowiem pozostała niezmiennie - stolicą polityczną Polski. Politykuje się tam co prawda w pokoikach, w których krakowianin najwyżej trzymałby króliki - losy Polski i świata rozstrzyga się po kątach, w nędznych, ciemnych mieszkankach za zawalonymi gruzem podwórzami. W jednej z knajp miałem najdonioślejszą rozmowę, jaką zdarzyło mi się prowadzić w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Od rozmowy tej zależało wiele spraw ogólnych. I - co ciekawsze - rozmówca mój był człowiekiem zupełnie ogółowi nieznanym. Bowiem dziś, w epoce bomby atomowej, wszelka energia skupia się w rękach poszczególnych ludzi, często ściśle ukrytych, nie zabiegających bynajmniej o popularność czy rozgłos. „Dla Polaków można coś zrobić, z Polakami nigdy" powiedział Wielopolski i bodaj że to powiedzenie czasem lekko sparafrazowane (np. — dla masy można coś zrobić, z masą nigdy) staje się coraz bardziej aktualne, staje się mottem działalności wielu, między innymi także Aleksandra Bocheńskiego, autora głośnej, choć jeszcze nie wydrukowanej książki „Dzieje głupoty w Polsce".

- Oho - to chyba będzie bardzo gruba książka - powiedział jeden z wydawców, usłyszawszy ten tytuł. Istotnie, książka jest gruba. Ale nie myślcie, że to z Bocheńskim właśnie rozmawiałem w owej tajemniczej knajpce. Rozmówcą moim był kto inny - zresztą łatwo go poznać - nosi czarne okulary, czarną brodę, dolną część twarzy zasłania czarną chustką, szyję chowa pod postawionym kołnierzem czarnej jesionki. - O patrzcie - ten gość się ukrywa - mówią sobie ludzie, zobaczywszy go w tramwaju lub w kawiarni. Istotnie - ukrywa się - i musi się ukrywać, na głowę jego nałożona jest przez rządy alianckie kolosalna nagroda. Znalazł on źródło zupełnie nowej i nieznanej energii, energii, która zwalcza na odległość - myśli, uniemożliwia ich powstawanie lub umożliwia ich zmianę. Dzięki kilkakrotnemu, próbnemu na razie zastosowaniu fal owej energii wiele spraw przyjęło zupełnie inny obrót, niż się to zapowiadało. Nie mogę niestety opowiedzieć szczegółów, bo pisząc te słowa czuję, że znajomy mój czuwa, wysyłając w moim kierunku z dalekiej Warszawy swoje fale. Wiedzcie, że jego energia działa i będzie działać - zmiany w polityce, jakie nastąpią w ciągu paru tygodni, zmiany, które zadziwią was, zaskoczą, przerażą, rozgniewają lub ucieszą - to właśnie będzie rezultat jego pracy (adres jego mieszkania w Warszawie, gdzie zainstalowany jest straszliwy aparat, znam, ale nie wydałbym go nawet na torturach - boję się obłędu). Najgorsza rzecz, że aparat działa potężnie, lecz nie racjonalnie - efektów tej działalności nigdy nie da się przewidzieć ani dokładnie obliczyć. Pewien mój znajomy alkoholik, który sześć lat spędził w obozie jeńców, powiedział mi: - Popatrz - Hitlera, Chamberlaina, Becka potrzeba było po to, żebym ja przez sześć lat nie pił wódki. Taki nieprzewidziany i w zasadzie nikły (chociaż to nigdy nie wiadomo) skutek odniosła polityka tych wybitnych ludzi, to samo - obawiam się - może być z wynalazkiem mojego przyjaciela - rezultaty jego mogą okazać się zupełnie nieoczekiwane i błahe. - Obawiam się, że wynalazek mojego przyjaciela istotnie nie przysporzy Polsce sukcesów - my nie mamy szczęścia. Na terenie między Bałtykiem a Karpatami nie łatwo jest mieszkać. Pp. Zbigniew Bieńkowski, Jan Kort, Wincenty Bednarczuk i inni propagują Polskę na obczyźnie rozumiejąc, że skoro Kaligula zrobił konia senatorem, to czemu nie zrobić kotta radcą ambasady. Ale to im się nie uda: skierowaliśmy na nich aparat mego znajomego, który odbierze im rozum - pod tym względem działa on niezawodnie. Poza tym jednak jest bardzo nieprecyzyjny - boję się, że ściągnie na nas nieszczęścia, jak bomba atomowa w rękach wariata. I dlatego decyduję się: podam do publicznej wiadomości adres mojego szaleńca i miejsce ukrycia aparatu. Wynalazca mieszka...

W momencie, gdy miałem podać adres, wynalazca poraził mnie swoimi promieniami. Straciłem świadomość - teraz nic nie pamiętam i wcale nie myślę. Szaleniec działa nadal - ludzie myślą coraz mniej — czytajcie pisma, to zobaczycie. A ja już Was nie uratuję - podróż do Warszawy okazała się bezcelowa. Całe tygodnie kłapałem zębami i strzępiłem ozór na tematy polityczne i - nic z tego nie zapamiętałem. Głowa moja w tej chwili jest jak niezapisana kartka papieru, przypomina zresztą, sądzę, głowę czytelnika po przeczytaniu tego felietonu. To najlepszy dowód: tajemniczy aparat działa.

27. X. 1946, TP nr 84