Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Chorzy na wściekliznę, łączcie...

Felietony

Chorzy na wściekliznę, łączcie się!

Data:
2010-10-18 09:28
„Ob. Kisiela pozostawiamy jego wzrastającej wściekliźnie" - napisała kiedyś „Kuźnica". Autor tych słów mimowoli, nie wiedząc zapewne o tym, utrafił w sedno - istotnie bowiem mam początki wścieklizny.
Długo się wahałem, czy odkryć to publicznie - objawy jednak stały się obecnie tak wyraźne, że dalej ich maskować nie sposób. Ostatnio po przeczytaniu numeru „Kuźnicy" (zwłaszcza artykułu „O młodszym bracie" Żółkiewskiego) - pokąsałem kilku członków rodźmy tak, że musiano im zastrzyknąć penicylinę. Lektura innego pisma przyprawiła mnie o atak padaczki, po którego zakończeniu przebiegłem na czworakach od Sukiennic na Wielopole. Czytając „Trybunę Robotniczą" nie mogę się powstrzymać od zgrzytania zębami - aż sobie kilka złamałem, słuchając zaś publicznych przemówień na różnych zebraniach i akademiach, wyję wilczym głosem - po prostu wydobywa mi się z gardła coś w rodzaju wycia czy ryku, nad czym absolutnie zapanować nie mogę.

Objawy te brałem z początku za skutek nie wyżytej pasji polemicznej. Postanowiłem się więc wyładować: napisałem jeden artykuł polemizujący z Żółkiewskim i Ważykiem, drugi - z Fruhlingiem i Szczepańskim, trzeci - z „Trybuną Robotniczą". Po namyśle jednak artykuły te zniszczyłem: nie ma sensu polemizować z tak wybitnym „besserwisserem", jakim jest Żółkiewski-mędrzec, któremu głęboka, semantyczno-metodologiczno-empiryczno-aprioryczna wiedza nie pozwala dojrzeć w menażerii olbrzymiego słonia. Nie ma również sensu polemizować z ludźmi, którzy bynajmniej nie są przekonani o tym co piszą. I w ogóle - nie ma sensu polemizować. Jeśli ktoś podejmuje polemikę w obronie tezy, że dwa razy dwa jest cztery, tym samym mimowolnie przyznaje, że teza ta może być podana w wątpliwość - a to przecież nie ma sensu. Ale jak rozładować wściekliznę ? Może pisać prywatne listy z wymyślaniami, a potem niszczyć je - jak zalecają hinduscy jogowie ? A może jednak je wysyłać ? Na wszelki wypadek wynotowałem sobie szereg adresów - zachęcił mnie do tego miły list ob. Kotta, jaki otrzymałem niedawno. Ale po napisaniu pierwszych dwóch listów rozmyśliłem się - nie wypada zbytnio trudzić ludzi poważnych. Więc jakaż rada na wściekliznę ?

Zacząłem się rozglądać naokoło. I nagle - znalazłem pocieszenie. Okazało się, że nie jestem odosobniony. Wielu ludzi ulega atakom wścieklizny: nie mogą ani rusz uwierzyć, że dwa razy dwa jest pięć, że chodzić należy głową do dołu, że pojęcia określone są nieokreślone i odwrotnie, że szacowne i znane od wieków słowa zmieniły nagle swą treść itp. - wobec czego - następuje wścieklizna. Ataki jej trudno obserwować, bo ludzie na ogół wstydzą się tej choroby i ulegają jej jedynie w domu. Ten gryzie lampę, ów własne dzieci, inny jada szkło, jeszcze inny kraje nożyczkami firanki, odpiłowuje nogi od fortepianu, wybija kafle z pieca, zlizuje tynk ze ścian, sypie rozżarzone węgle do łóżka itd. itd. Oczywiście - odbija się to bardzo źle na harmonii życia prywatnego. Wobec tego postanowiłem znaleźć na to radę. Proponuję stworzenie związku chorych na wściekliznę. Obywatele wściekli! Połączmy się i wyładujmy się wspólnie! Po ukazaniu się najbliższej „Kuźnicy" proponuję marsz na rękach wzdłuż Plant, połączony z kąsaniem spotkanych po drodze dorożkarskich koni, poczem odtańczymy kankana i kariokę pod bankiem „Społem" na rynku, gryząc przy tym parasole przechodniów. Jeśli idzie zaś o materializm dziejowy, to sądzę, że załatwimy się z tym problemem gładko, fikając kozły przez wszystkie kramy w Sukiennicach. A więc pamiętajcie: „Kuźnica" wychodzi we wtorek - w środę o 9-ej rano, po przeczytaniu numeru, zbiórka na Plantach przed Wielopolem. W razie błota - odkładamy na czwartek. Obywatele, stawcie się licznie!

17. III. 1946, TP nr 52