Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  O ciekawy dzień powszedni

Felietony

O ciekawy dzień powszedni

Data:
2010-10-06 08:39
Okropnie nie lubię świąt i w ogóle przerw w normalnym życiu, żadnych wyjątkowych okazji, uroczystości, fet, podnieceń, wszelkich odchyleń od normy, ba — zwykłych urlopów nawet Lubię, natomiast dobrze zorganizowany, pełen harmonijnie rozmieszczonych treści jasny i precyzyjny dzień powszedni, lubię cykle owych dni powszednich ułożone w szeregi i składające się na pewne całości, wytyczające sobą rytm długofalowej pracy.
A znowuż praca powinna być pracą twórczą, i to każda praca, nawet ta na pozór najzwyklejsza, po której, wydawałoby się, nie pozostaje żaden konkretny ślad. Będzie ona twórcza, gdy pracownik może wykazać w niej swoją inicjatywę i oglądać rezultaty tej inicjatywy. Myślę o inicjatywie indywidualnej, bo wszakże każdy człowiek to osobna indywidualność, odrębna osobowość i właśnie o to chodzi, aby ta jego odrębność oraz jego własna, prywatna ambicja mogły zostać wykorzystane, znaleźć zastosowanie w życiu. A że większość życia spędzamy na pracy, więc pora pomyśleć właśnie o takiej tej pracy organizacji, aby każdy miał poczucie, że tworzy, jeśli już nie własne dzieło, to przynajmniej własny, uporządkowany wewnątrz jakiejś całości, uchwytny i wymierny wkład w dzieło zbiorowe. Bo na roztopienie się w zbiorowości nie każdy ma ochotę, uważając, że roztopimy się w niej po śmierci (mam oczywiście na myśli zbiorowość niebiańską), za życia natomiast warto by trochę pobyć sobą. I to pobyć sobą właśnie w ciągu dnia powszedniego, dnia pracy, nie w dniu wyjątkowym, mało typowym, świątecznym, kiedy człowiek skłonny jest oddawać się marzeniom i mitom, a więc również w jakiś sposób nie jest sobą, nie daje wyrazu swojej indywidualnej odrębności.

U nas, niestety, sprawa ta, jak i zresztą wiele innych spraw, postawiona jest paradoksalnie: raczej na głowie niż na nogach. Okazje wyjątkowe, święta, uroczystości, festyny zorganizowane są z reguły świetnie, dzień powszedni, dzień pracy, z reguły marnie. A źle zorganizowany dzień pracy przecieka między palcami, schodzi na niczym, jest nieindywidualny, niewyrazisty, nieintensywny i przez to właśnie diabelnie męczący: świadomość marnowania czasu wisi nad człowiekiem uporczywie, ciężka, nie pozwalając się cieszyć życiem. W rezultacie tworzy się środowisko neurasteników, kompleksiarzy, „geniuszy bez teki", ludzi z jednej strony męczących się poczuciem własnej niedowartości czy niepełnej wartości, z drugiej strony lubiących wobec tego oddawać się marzeniom i karmić mitami, aby zrekompensować niedoskonałą rzeczywistość. Stąd też alkoholizm, bo wódka właśnie daje błogie (lecz jakże kosztowne) złudzenie, że się jest tym, czym się nie jest.

Do stanu złej organizacji dnia powszedniego przyczyniają się również dziwactwa takie, o których wciąż na próżno pisze prasa i to mniej opozycyjna ze swej natury (wciąż pieszczę się marzeniem, że „Tygodnik Powszechny" to jednak ciągle jeszcze pismo opozycyjne), im bardziej pozytywna, tym właśnie pisze ostrzej, dosadniej, a także dokładniej — vide „Polityka", „Życie Gospodarcze" i inne. Przypomnijmy ów cytowany w poprzednim numerze naszego pisma groteskowy list do redakcji „Polityki", napisany przez wysokiego urzędnika w sprawie... uszczelek, Z listu tego wynikało jak na dłoni, że sprawy uszczelek nie sposób ruszyć z miejsca, bo leży ona w gestii trzech (dosłownie) ministerstw i całej kupy innych instytucji. Nie ma zaś na przykład mowy o tym, żeby wezwano jednego przedsiębiorcę (broń Boże nie prywatnego, indywidualnego, lecz prawidłowego przedsiębiorcę państwowego) i powiedziano mu: — Rób bracie co chcesz, zawieś na kołku wszystkie przepisy, normy, plany, ceny, kontyngenty, limity zatrudnienia, ale zmajstruj nam owe nieszczęsne uszczelki! Jak ci się uda, to zmienimy przepisy i normy — widać były niedobre, nie dopasowane do życia. Jak zawalisz — twoja strata, ale ryzykuj — ryzyko to smak życia.

Tu jest właśnie pochowany pies, i to jaki — ogromny pies. Chodzi o to, żeby po prostu można było coś zmienić w unię życia i jego empirycznie sprawdzalnych, ekonomicznych praw. Nawołuję do swobodnego otwarcia systemu, w którym żyjemy, na zmienne a intensywne powiewy życia: nastawmy żagiel tak, aby korzystał z wiatru, nie zaś mu się przeciwstawiał. Wyleczymy wtedy ludzi z fatalistycznego marazmu, ustąpi neurastenia i mitomaństwo, dzień powszedni odzyska swą twórczą treść, swą intensywność i radość, ulotni się nuda i czekanie na wydarzenia niezwykłe czy na wyimaginowane okazje, uleczymy pokolenie, społeczeństwo, naród, dając mu możność realizowania twórczej pracy poprzez wkład indywidualnych udoskonaleń. Każdy będzie wtedy twórcą produkcji, a wszakże nie kto inny tylko Engels powiedział, że społeczeństwo socjalistyczne to „dobrowolny związek wolnych producentów". Wtedy i ja zostanę socjalistą. Abyśmy tylko zdrowi byli!


22 V 1966, TP nr 904