Tu jesteś:   Strona główna >  Felietony >  Sandauer w opałach

Felietony

Sandauer w opałach

Data:
2010-09-28 16:20
Artur Sandauer, młody krytyk i teoretyk literatury pełen erudycji i najlepszych chęci, wkroczył na łamy „Odrodzenia” z wielkim zapałem. Pisał inteligentnie i śmiele, chciał zachować niezależność sądu i rozmaitość spojrzenia, a nie tylko międlić w kółko o społecznych funkcjach literatury, o materializmie i postępowości.
Z tej postępowości pokpił sobie nawet trochę („cenzurki z postępowości" – patrz artykuł „Zawile” – Odrodzenie Nr 31), sprzeciwił się zbyt prostackiemu interpretowaniu terminu „realizm”, a nawet powiedział, że istnieje sztuka „którą możemy ideologicznie zwalczać, lecz nie mamy prawa potępiać artystycznie”. Słowem, sympatyczny Sandauer zrobił co mógł w danych okolicznościach, zdobył się na maximum szczerości i śmiałości, a nawet w swej młodzieńczej beztrosce zagalopował się trochę. Dla osłony przytaczał ciągle Marksa, Engelsa, Tomofiejewa i innych i liczył, że mu jakoś ujdzie na sucho, że będzie nadal krytykiem marksowskim, a po cichu będzie sobie flirtował ze zgniłą reakcją estetyzmu i że to jakoś wszystko da się połączyć i misternie wytłumaczyć, bo przecież wszystko ma swoje podstawy społeczno-ekonomiczno-historyczne – nawet Schulz, Gombrowicz, Proust i inne zgniłki wywodzą się z „umowy społecznej” i z „problematyki epoki”. Słowem, pięknie mu się to układało w głowie, swobodnie i beztrosko hasał sobie Sandauer po łamach „Odrodzenia”, gdy oto…

Oto w oddali rozległy się ciężkie kroki groźnego profesora marksizmu i oto grzmiący głos Mieczysława Jastruna przygwoździł wesołka. „Nie będziesz siedział na dwóch stołkach" – przemówił surowo profesor. Marksizm to nie jest worek, w który wrzucać można wszystko! I dalej srogi profesor nielitościwie demaskował Sandauera: oskarżył go – ni mniej ni więcej – o parnasizm; o to, że chce się bawić estetycznymi domkami z kart; że jego pseudo-marksowskie wywody to tylko piasek w oczy, że w gruncie rzeczy są one na rękę wszystkim „reakom”, co „tkwią w świecie pojęć mglistych” i że, co najgorsze, Sandauer nie dostrzega w dziele ideologii, albo dowolnie zaciera jej kontury, aby „ratować każdy utwór, który mu się podoba” (jak śmie ?!). Słowem, jest osobnikiem wybitnie dwulicowym i perfidnym, który chce, aby wilk był syty i owca cała…

I cóż zrobi teraz biedny Sandauer? Czy nadal będzie twierdził, że to on jednak jest prawdziwym marksistą na terenie krytyki, bo przecież powiedział, że „analizując dzieło sztuki należy uwzględnić 1) przyczyny: epokę, klasę i ich wytwór, 2)… itd.", i że „zagadnienia krytyki są naprawdę zawiłe” (nb. krytyka marksistowska w ujęciu Sandauera jest rzeczywiście „naprawdę zawiła” – przypomina sięganie lewa nogą do prawego ucha). A może przyzna się, że uwiodły go pokusy z wyklętego Parnasu, lecz że to było tylko chwilowe załamanie. Biedny Sandauerze! Ale cóż! Kiedy wlazłeś między wrony! Tu l’as voulu George Dandin! (Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało – tłum. red.)

5. VIII. 1945, TP nr 20